Polish Arabic Chinese (Traditional) Czech English French Georgian German Greek Hindi Hungarian Italian Japanese Russian Serbian Spanish Swedish Turkish Ukrainian

W noclegowni najgorsza jest samotność

Reklama

czw., 05/21/2020 - 20:29 -- moderator2

Foto: Paweł Kot Jacek Sobczak

 

Przeżyłem piekło. Społeczeństwo szufladkuje bezdomnych. Jeśli ktoś został bez domu, na pewno musi być w oczach innych narkomanem, alkoholikiem albo przestępcą. W Polsce nikt nie pyta, co się stało, nie chce poznać twojej historii, tylko wrzuca cię do worka z innymi. Bezdomność to ciągle temat tabu – mówi Onetowi były piłkarz Legii Warszawa Jacek Sobczak, który przez pewien czas mieszkał na ulicy.

 

  • W 2016 roku dziennikarka Przeglądu Sportowego Izabela Koprowiak opisała w głośnym artykule, że Sobczak został bez dachu nad głową

  • Dzięki nagłośnieniu sprawy były piłkarz stanął na nogi. – Tamte wydarzenia mnie zmieniły. Dawniej bałem się spojrzeć ludziom w oczy – opowiada

  • Sobczak marzy o powrocie do Warszawy. – Gdyby ktoś ze stolicy zaproponowałbym pracę, natychmiast zacząłbym się pakować.

Od głośnego artykułu Izabeli Koprowiak w Przeglądzie Sportowym na temat pana problemów minęło już kilka lat. Co wydarzyło się w pana życiu od tamtego czasu?

Pracuję w firmie ochroniarskiej na Starej Kopani w Wałbrzychu. Od czasu publikacji tekstu w Przeglądzie Sportowym sprawy przybrały zdecydowanie lepszy obrót. Wziąłem nawet ślub. Żonę poznałem w pracy, zaczęliśmy się spotykać i, co tu dużo opowiadać, uznaliśmy, że chcemy stanąć na ślubnym kobiercu. W grudniu będziemy obchodzić trzecią rocznicę. Nie robiliśmy hucznego wesela, wszystko odbyło się w gronie świadków i rodziny żony, bo ja tej rodziny nie mam. Podczas zabawy weselnej byłem królem parkietu. W Legii mieliśmy wielu dobrych tancerzy, a ja się do nich zaliczałem.

Rozwiązał pan definitywnie problemy z mieszkaniem?

Gdy zrobiło się głośno, władze Wałbrzycha deklarowały pomoc, ale skończyło się na słowach, jakoś się wszystko rozmyło. Byliśmy nawet u prezydenta, jednak nie chcę go krytykować, może po prostu nie mógł pomóc. Nie czuję żadnego żalu. Nie lubię się prosić, więc musiałem radzić sobie inaczej. Przez pewien czas wynajmowałem mieszkanie ze znajomym, a później przeprowadziłem się do żony. Po publikacji artykułu w PS otrzymałem wielką pomoc od ludzi, co ciekawe nie tyle z samego Wałbrzycha, ile od osób z innych części Polski.

Jak z perspektywy czasu ocenia pan okres, gdy żył pan na ulicy?

To było piekło. Tylko osoba, która przeżyła coś podobnego wie, o co mi chodzi. Życie na ulicy to po prostu tragedia, staram się wymazać z pamięci ten okres, ale on i tak pozostanie gdzieś z tyłu głowy. Straszne doświadczenie i nikomu nie życzę, by znalazł się w takim położeniu. Kiedy śpisz w noclegowni, najgorsza jest samotność, codziennie widzisz przed snem inne twarze. Gdy grałem w Legii, miałem wielu "przyjaciół", ale jak powinęła się noga, zostałem sam. Dziś prawdziwych przyjaciół liczę na palcach jednej ręki. Jeden z nich, gdy dowiedział się o moich problemach, natychmiast przyjechał do Wałbrzycha. Inny, pan doktor, uratował mi życie. Kiedy wykryto u mnie cukrzycę, pomagał mi z lekarstwami i dużo ze mną rozmawiał. Poza tym to dzięki niemu znalazłem pracę.

Co było dla pana najtrudniejsze, kiedy został pan bez dachu nad głową?

Bałem się spojrzeć ludziom w oczy. Człowiek wiedział, że nie ma pracy, zdrowia, domu, perspektyw… Po prostu nie ma nic. Najgorszy był brak rodziny – wszyscy moi bliscy zmarli w odstępie 1,5 roku. Wszystko dusiłem w sobie, bałem się rozmawiać z innymi, bo ktoś zapytałby "co słychać?" i co niby mógłbym mu wtedy odpowiedzieć? Społeczeństwo szufladkuje bezdomnych. Jak ktoś został bez domu, na pewno musi być w oczach innych narkomanem, alkoholikiem albo przestępcą. W Polsce nikt nie pyta, co się stało, nie chce poznać twojej historii, tylko wrzuca bezdomnego do worka z innymi i kategoryzuje go jako margines społeczny. Gdy odwiedziłem bibliotekę, pani zaznaczyła, że może pożyczyć mi najwyżej jedną książkę, bo pewnie ukradnę. Społeczeństwo zamiast pomóc, to pogarsza sytuację. Jeden znajomy powiedział mi, że gdyby był w moim sytuacji, nie wytrzymałby tego i byłoby po nim. Najważniejsze to nie załamać się, nie uciekać w nałogi, alkohol czy narkotyki. Cieszę się, że mnie udało się stanąć na nogi.

Bezdomność pana zmieniła?

Zdecydowanie, o 180 stopni Po pierwsze, podchodzę do ludzi z jeszcze większym szacunkiem, bo nigdy nie wiem, jaka historia kryje się za danym człowiekiem. Jest mnóstwo dobrych ludzi na świecie, tylko trzeba ich znaleźć, a gdy się już to zrobi, otworzyć się przed nimi, zamiast ich odpychać. Poza tym przez to, co mnie spotkało, stałem się większym optymistą, wcześniej wszystko widziałem w czarnych barwach. Do dziś wstydzę się, że w pewnym momencie mieszkałem na ulicy, ale uważam, że powinno się o tym mówić jak najwięcej, bo w Polsce bezdomność ciągle pozostaje tematem tabu, a pomoc państwa dla takich ludzi jest naprawdę znikoma.

Co doprowadziło do tego, że stał się pan bezdomnym?

Niektórzy mówili, że piliśmy w Legii nie wiadomo ile alkoholu, co jest nieprawdą. Była grupa, która lubiła się normalnie pobawić, ale nie kryliśmy tego, a byli też tacy, co pili wódkę, chowając się pod kołdrą. Oczywiście popełniłem pewne błędy w życiu. Po sześciu miesiącach gry w Legii miałem ofertę z Sevilli, ale w Warszawie czułem się świetnie, a nie miał mi kto podpowiedzieć, że warto zaakceptować propozycję Hiszpanów. Miałem też pytania z Niemiec i Szwajcarii, ale konsekwentnie odmawiałem, a potem wyszło, jak wyszło. Żałuję, że jako piłkarz nie wyjechałem za granicę, ale to już czyste gdybanie. Po karierze miałem dużo problemów rodzinnych. Po części sam jestem sobie winny, a po części tak po prostu ułożyło się życie. Ale nie ma co już do tego wracać.

Ma pan jeszcze kontakt z dawnymi kolegami z boiska?

Nie tak dawno rozmawiałem z Markiem Jóźwiakiem. Liczyłem też na kontakt z Darkiem Czykierem, ale wiem, że ma większe problemy ode mnie. Pół roku temu oglądałem dokument na TVN o alkoholizmie i Darek występował jako jeden z bohaterów. Tydzień temu puściłem sobie nasz mecz z Manchesterem United z 1991 roku, oglądałem też spotkanie z Sampdorią. Często wracam wspomnieniami do czasów kariery. Bo co nam poza wspomnieniami pozostało, skoro polska piłka klubowa jest w takim dołku? Co ciekawe, kibice też pamiętają tamte czasy. Gdy nagrywałem program w Canal +, podszedł do mnie pewien człowiek i powiedział: "dzień dobry, panie Jacku, wychowałem się na pana meczach". To bardzo miłe.

Z kim trzymał się pan w szatni Legii?

Z Wojtkiem Kowalczykiem i Darkiem Czykierem, ale tamta szatnia była pełna wspaniałych ludzi i wielkich postaci. Maciek Szczęsny trochę chodził własnymi drogami, lecz w bramce potrafił wszystko! Człowiek-guma. Pamiętam, jak graliśmy z Widzewem Łódź i mieliśmy bardzo osłabiony skład ze względu na kontuzje. Szczęsny powiedział do mnie: "Jacek, jak strzelisz bramkę, wiozę cię z Warszawy do rodzinnego Wałbrzycha". Strzeliłem, a Maciek wsadził mnie w samochód i pojechaliśmy. Rewelacyjny facet. Jednym z liderów był też Romek Kosecki, niesamowicie inteligentny człowiek, a do tego, mówiąc wprost, miał jaja. Inne wielkie nazwisko to Darek Kubicki. David Beckham tamtych czasów. Zawsze krawacik, marynara, biała koszula, nieprawdopodobny pedancik, ale też ogromny autorytet w szatni. Umiał podpowiedzieć i klepnąć po plecach młodego zawodnika. Jeszcze nie zdążyliśmy wejść do szatni po treningu, a on już pachnący, wykąpany, jechał Polonezem na miasto.

Tęskni pan za Warszawą?

Bardzo. To najwspanialsze miasto. Wszędzie, gdzie grałem, miałem świetnych kibiców, ale fanom Legii nikt nie dorasta do pięt. Gdyby ktoś ze stolicy zaproponował mi pracę, w momencie spakowałbym wszystkie rzeczy, wziął żonę pod pachę i ruszył do Warszawy. Chciałbym pracować przy piłce, ale w Wałbrzychu nie ma na to szans, ponieważ wszystko padło, nie ma tu profesjonalnego futbolu. Myślę, że ciągle mógłbym przekazać najmłodszym piłkarzom swoją wiedzę, bo nieraz jak patrzy się na zajęcia takich grup wiekowych, to jest przykre. Niektórzy przeczytają kilka książek o szkoleniu i myślą, że mogą już uczyć innych, a nie potrafią pokazać, jak prosto kopnąć piłkę.

Praca z młodymi zawodnikami to pana marzenie?

Tak. I mam jeszcze inne – gdy piłkarze Ekstraklasy wrócą na boiska, a kibice na trybuny, chcę zabrać żonę na Legię, by pokazać jej mój piękny klub. Opowiedzieć jej, jak zdobywaliśmy mistrzostwo Polski i oprowadzić ją po Warszawie. Oglądam każdy mecz Wojskowych, śledzę na bieżąco wiadomości na temat klubu. Legia już na zawsze będzie miała wyjątkowe miejsce w moim sercu.

Opowiadał pan żonie o karierze?

Nie, bo nie interesuje się piłką nożną. A poza tym, wie pan, gdybym opowiedział jej o tym, co działo się w szatni Legii od A do Z, do jeszcze by się wyprowadziła. Za krótki mamy staż małżeński, żebym ryzykował rozwód...

Autor: 
Dariusz Faron
Źródło: 

Sport.onet.pl

Polub Plportal.pl:

Reklama