Polish Arabic Chinese (Traditional) Czech English French Georgian German Greek Hindi Hungarian Italian Japanese Russian Serbian Spanish Swedish Turkish Ukrainian

Chciała go Hertha Berlin, a kilka lat później harował w kopalni. Historia Damiana Michalika

Reklama

czw., 05/14/2020 - 16:27 -- moderator2

Foto: Łukasz Sobala/Pressfocus / Newspix

 

Damian Michalik od dziecka słyszał, że jest zdolny, został wybrany na najlepszego zawodnika mistrzostw Polski juniorów starszych, miał propozycję z Herthy Berlin. Za granicę przeprowadził się trzy lata później. Tyle że zamiast na boisko, trafił do portu i fabryki rowerów. Obecnie zawodnik Stali Rzeszów dobrze wie, co znaczy ciężka praca. Był o krok od utraty marzeń, teraz walczy, by wcielić je w życie.

  • Damian Michalik ze Stali Rzeszów zapowiadał się świetnie, w barwach Górnika Zabrze był wybrany na najlepszego zawodnika mistrzostw Polski juniorów starszych w 2011 roku. Wtedy interesowała się nim Hertha Berlin

  • Za granicę trafił później, ale nie na boiska 1. Bundesligi, a do portu w Anglii oraz fabryki rowerów w Holandii. Po powrocie do Polski pracował w kopalni w Ornontowicach. – Trzy czy cztery razy trzeba było uciekać, ponieważ poziom metanu na określonym odcinku przekroczył normy. Przybiegali ratownicy ze sztygarem i mówili, że trzeba się szybko zwijać, bo może „dupnąć” – opowiadał

  • Wreszcie postanowił podjąć próbę powrotu do zawodowego futbolu. Udało mu się, w ostatnich latach występował w I lidze w Zawiszy Bydgoszcz, Olimpii Grudziądz i GKS Katowice. Obecnie gra szczebel niżej w Stali Rzeszów

 

Mówi, że by zmądrzeć, musiał spaść na dno. Leciał długo, bo 1000 metrów w dół. Na takiej głębokości pracował w kopalni Budryk w Ornontowicach. Pod ziemią zrozumiał swoje błędy, ale decyzję o próbie ich naprawy podjął dopiero kilka miesięcy później na powierzchni. Składał rowery w fabryce w Holandii, kiedy podczas jednej z rozmów telefonicznych żona napomknęła o rozwodzie. Od wyboru na najlepszego zawodnika mistrzostw Polski juniorów starszych i propozycji z Herthy Berlin minęły ponad trzy lata. – Zawalił mi się świat. Stawałem na głowie, żeby było dobrze, a wszystko układało się fatalnie – wspominał wydarzenia z 2014 roku skrzydłowy Stali Rzeszów, 27-letni Damian Michalik.

 

Z boiska w Bytomiu do portu w Lancaster

Tamte kilkanaście miesięcy nazywa najgorszym okresem w życiu. W tym czasie dwa razy rezygnował z gry w piłkę. Przychodziło mu to łatwiej, niż się spodziewał, bo rzadko występował w zespole, w którym płacono na czas. Górnik Zabrze, Ruch Radzionków, Polonia Bytom. Różne kluby, identyczny schemat. Jedna, dwie wypłaty na początku rundy, potem obietnice. W styczniu jego synek Jakub skończył roczek, pieniędzy ciągle brakowało, rosły długi. Musiał sprzedać mieszkanie kupione podczas gry w Polonii, bo nie miał z czego spłacać zaciągniętego kredytu. Podjął dramatyczną decyzję – emigracja do Anglii.

– Pojawiła się okazja wyjazdu z kumplem, który miał wujka w Lancaster. Mieliśmy plan. Najpierw znaleźć pracę, a potem rozejrzeć się za klubem. Tyle że ostatecznie poleciałem sam. Przez tydzień spałem u wujka kolegi, potem wynająłem pokój u starszej pani i zacząłem pracę w porcie – opowiadał Michalik.

Rozładowywał statki. Układał na lądzie wielkie, przeszło dwumetrowe paczki, które przypominały worki na kartofle. Pobudka o 4.30, początek pracy o 5.30, koniec o 18. Deszcz, porywisty wiatr, temperatura poniżej zera. Ciężkie buty ochronne – stalkapy – powodowały odparzenia i odciski. Kilka warstw ubrań chroniło przed zimnem, ale nie chorobami. Prawie każdego dnia kolację uzupełniał lekami, żeby złagodzić objawy przeziębienia. Co gorsza, zatrudnienie nie było stałe. Jednego dnia był potrzebny, drugiego nie, więc zostawał w domu. Jedyny plus – zarobki. Za dzień dostawał 70 funtów. Po kilku tygodniach dołączyła do niego żona Monika, synek został w Polsce u jej rodziców. Miała znaleźć pracę, ale dogodnych ofert brakowało.

 

Kąpiel ze szczurami

Po paru dniach siedzieli na rynku w Lancaster, zastanawiając się, co dalej, kiedy zadzwonił telefon Damiana. – Wracaj do Polski, załatwimy ci mieszkanie, będziesz grał u nas w czwartej lidze i pracował w kopalni. Pomożemy ci – usłyszał w słuchawce głos prezesa Gwarka Ornontowice Krzysztofa Zdrzałka, wujka Mateusza, byłego kolegi Michalika z Górnika, który dowiedział się, jak potoczyły się losy jego kompana.

Trzy dni później Damian z żoną byli w Polsce. Pracę w Budryku rozpoczął zaraz po powrocie. O 5.00 musiał być obecny na podziale, przed 6.00 zjeżdżał na dół, po 13.00 wyjeżdżał na powierzchnię. – Zjeżdżaliśmy windą w kompletnych ciemnościach, żeby nie świecić po oczach górnikom, którzy pracowali w innych szybach. Potem jechaliśmy kolejką mniej więcej 20 minut i jeszcze szliśmy pół godziny piechotą. Czasem tunelem, w którym woda sięgała nam do brody – wspominał.

Temperatura przy ścianie sięgała 40 stopni, więc pracował rozebrany od pasa w górę. Gdy wyjeżdżał, był czarny jak węgiel, który kopał. Kąpiel po fajrancie zajmowała mu przynajmniej godzinę. Najbardziej bał się pierwszego dnia, potem się przyzwyczaił. Przynajmniej na tyle, na ile to możliwe, bo strach wracał po każdym głośniejszym szmerze. Nawet gdyby jakimś cudem zapomniał o zagrożeniu, przypominały mu o tym akcje ewakuacyjne. – Trzy czy cztery razy trzeba było uciekać, ponieważ poziom metanu na określonym odcinku przekroczył normy. Przybiegali ratownicy ze sztygarem i mówili, że trzeba się szybko zwijać, bo może „dupnąć” – opowiadał.

Po wypadku przy czyszczeniu jednej z maszyn opuszczał szyb na rękach kolegów. Metalowe obramowanie węża uderzyło go w kolano, które po chwili było dwa razy większe niż normalnie. Przeleżał tydzień w domu i wrócił, bo kiedy nie pracował, zarabiał mniej. Poza strachem i zmęczeniem zapamiętał szczury, które były wszędzie. Nie zapomni sytuacji, kiedy gryzoń wyskoczył z torby, w której trzymał śniadanie. Jedzenie było nadgryzione, więc musiał je wyrzucić, choć był głodny. – Wtedy zacząłem doceniać czasy, gdy grałem w piłkę. Gdy mogłem wyjść na boisko i robić to, co lubię – przyznawał.

Łączył pracę z występami w Gwarku, ale nie da się porównać treningu po szychcie do treningu, który był najważniejszym punktem dnia. Dzisiaj śmieje się z siebie sprzed lat, kiedy po półtoragodzinnych zajęciach padał na łóżko i myślał, że jest zmęczony.

 

Wyjazd na Dziki Zachód

Po pracy miał mniej więcej półtorej godziny, by dotrzeć na trening. Jadł obiad, wsiadał na rower i jechał na pobliski obiekt Gwarka. Taki tryb życia prowadził pół roku i dał się namówić byłemu koledze z Polonii Bytom Mariuszowi Sasze na wyjazd do Holandii. Dwa dni po rozmowie kwalifikacyjnej wyjechał z Polski. Miał dołączyć do kumpla, który pracował w magazynie w Zaandam, trafił do fabryki rowerów w Zeewolde. Mieszkali w domkach z dykty w polu, które nazywali „Dzikim Zachodem”. Po sześciu w trzypokojowych mieszkaniach.

– Kiedy pierwszy raz z daleka zobaczyłem te baraki, skojarzyły mi się z obrazkami z obozów koncentracyjnych – wspominał. W środku było lepiej, brakowało tylko kuchenki, był za to piecyk gazowy. Pracowali cztery dni, trzy mieli wolne. Zmiana trwała od 7.00 do 21.00, z dwoma 30-minutowymi przerwami na posiłek. Cały czas w pozycji stojącej.

Pewnego dnia, mniej więcej sześć tygodni po przyjeździe Michalika do Holandii, przyszedł przedstawiciel agencji zatrudnienia i zakomunikował im, że już nie mają pracy, bo linia produkcyjna zostaje zamknięta. Ich wybór – inna robota albo powrót do Polski. – Po co miałem wracać? Nic jeszcze nie zarobiłem. Musiałem zostać – przyznawał Michalik.

Wtedy wreszcie dołączył do Sachy w Zaandam. Praca była lżejsza, ale szybko ją rzucił. Wszystko zmienił telefon od Moniki. Coraz częściej się kłócili, jego nie było na miejscu. Miał ją z synem sprowadzić do Holandii, ale sprawa się przeciągała. Mieli dość takiego życia. Pomyślał, że jeszcze raz spróbuje na boisku. Tam mu zawsze wychodziło, mimo że różnie bywało z zaangażowaniem.

Trening w Wigilię

– Szczerze? Byłem leniem. Ogromnym leniem. Myślałem, że wszystko przyjdzie samo. Po mistrzostwach Polski jeszcze się pogorszyło. Zostałem wybrany na najlepszego zawodnika, choć nigdy nie trenowałem na 100 procent. Dostałem potwierdzenie, że nie muszę się wysilać – mówił.

W internecie znalazł psychologa sportowego i trenera personalnego Dawida Piątkowskiego, któremu opowiedział swoją historię. – Przyjeżdżaj – usłyszał.

Jeszcze z Holandii odezwał się do trenera trzecioligowej Polonii Bytom, Jacka Trzeciaka i poprosił o szansę. Miał się stawić na pierwszym styczniowym treningu. Był 20 grudnia. Następnego dnia spakował się i ruszył do Polski. Zaraz po powrocie pojechał do Piątkowskiego. Rozmawiali godzinę.

– Kiedy zaczynamy? – zapytał Michalik na koniec.

– Masz ze sobą ubrania na zmianę?

– Mam.

– No to zaczynamy.

Ćwiczyli codziennie, bez wyjątków. W święta Bożego Narodzenia, sylwestra. Nie zaprzestali treningów, kiedy Michalik dołączył do Polonii. Czasem miał trzy zajęcia dziennie. – Zimą miałem kłopoty z przejściem kilku metrów po oblodzonym chodniku, bo bolał mnie każdy mięsień – wspominał.

Początkowo nie łapał się do kadry meczowej, ale z czasem grał coraz więcej. W spotkaniach decydujących o wejściu do II ligi grał znakomicie, później usłyszał, że to dzięki niemu Polonia awansowała.

Całkowicie zmienił swoje podejście do futbolu. Gdy Monika to dostrzegła, dała mu drugą szansę. Wierzyła, że mu się uda. W pewnym momencie w Michalika nie zwątpiła tylko ona i Piątkowski, który trenował go za darmo. – Na wstępie zaznaczyłem, że nie mam żadnych pieniędzy i nie mogę mu zapłacić, więc zrozumiem, jeśli mi nie pomoże. Jestem mu bardzo wdzięczny, że mimo wszystko mnie nie zostawił. Przecież nie mógł być pewny, że nagle znowu nie rzucę wszystkiego w diabły – tłumaczył.

Nie rzucił. Kiedy reszta odpoczywała podczas letniej przerwy, Michalik ćwiczył indywidualnie. W trakcie sezonu ukrywał przed szkoleniowcami, że trenuje dodatkowo, bo mieliby pretensje, że jest przemęczony. W II lidze był wyróżniającym się zawodnikiem, po zakończeniu rundy miał propozycję z trzech klubów ekstraklasy i kilku I-ligowych. Najkonkretniejsza była oferta od władz Zawiszy. Po wycofaniu się klubu z Bydgoszczy z I ligi trafił do Olimpii Grudziądz. Potem był GKS Katowice i Raków Częstochowa, aż wreszcie trafił do Rzeszowa do Stali.

– I tak zagram w ekstraklasie. Po prostu to wiem. Ciężka praca musi się opłacić. Musi. Jak nie za pół roku, to za rok. Jak nie za rok, to za dwa lata. Ale prędzej czy później zagram – przekonywał pomocnik w 2016 roku.

Autor: 
Mateusz Janiak
Źródło: 

Onet.pl, Przegląd Sportowy

Polub Plportal.pl:

Reklama