Artur Siódmiak: Kiedy życie skreśla, nie pytając o zgodę

Reklama

ndz., 01/27/2019 - 15:52 -- koscielniakk

Mieliśmy szacunek do siebie i pracy. Jak piliśmy, to piliśmy, jak umawialiśmy się, że nie pijemy, to nikt się nie wyłamywał - opowiada wicemistrz świata, były reprezentant Polski w piłce ręcznej, Artur Siódmiak.

 

 

Michał Kołodziejczyk, WP SportoweFakty: 27 stycznia minie dziesięć lat od jednej z najpiękniejszych historii polskiego sportu. 15 sekund, jedna Wenta i pana rzut przez całe boisko w meczu z Norwegią, dający awans do półfinału mistrzostw świata w Chorwacji - pamięta pan jeszcze?

Artur Siódmiak, były reprezentant Polski w piłce ręcznej: Dopiero sobie uświadomiłem, że to było tak dawno. Strasznie szybko zleciało, a teraz zaczyna się odgrzewanie kotletów. To oczywiście bardzo miłe wspomnienie. Wiem, że jestem pamiętany przez tamtego gola, ale czasami chciałbym się od niego odciąć. Może za kilka lat uda mi się jeszcze zrobić coś dobrego na tym świecie - tak żeby ludzie mówili, że Siódmiak nie tylko świetnie rzucił z Norwegią, ale może miał wpływ na rozwój piłki ręcznej i szkolenie. Nie chciałbym do końca życia siedzieć w jednej szufladzie.

Próbował pan odtworzyć w pamięci tamten mecz? Moment rzutu?
Pytano mnie o to, jak bardzo tamten dzień był wyjątkowy. A nie był. To było nasze kolejne spotkanie na mistrzostwach, niczego nie przeczuwałem, nie spodziewałem się takiej dramaturgii. Szykowaliśmy się na ostatnie starcie w drugiej rundzie, nie byliśmy w najlepszym położeniu. Serbię i Danię zmietliśmy z parkietu, ale żeby mieć wszystko we własnych rękach, liczyliśmy na dobry wynik w innym spotkaniu naszej grupy. Udało się, a wtedy wyszliśmy na rozgrzewkę i uświadomiliśmy sobie, że to "w naszych rękach" to wcale nie oznacza, że jest już "nasze". Wiedzieliśmy, że teraz musimy dać czadu.

No to daliście. W swoim stylu, z końcówką z horroru.
To nie był dobry mecz w naszym wykonaniu, wcześniejsze były lepsze, na luzie. Nie pamiętam tego, że Bogdan Wenta mówił, że piętnaście sekund to dużo czasu, pamiętam za to, że Daniel Waszkiewicz przekazał nam informację, że Norwegowie wycofali bramkarza. To było istotne. W takich momentach do sportowca dociera tylko krótki komunikat, gra się resztkami sił. Myślę, że gdyby Daniel nie powiedział nam o bramkarzu, nie podjąłbym decyzji o rzucie, tylko szukał jakiegoś podania. Mój mózg nie wziąłby pod uwagę tak szalonego rozwiązania. A tak - kiedy przejąłem piłkę, nie widziałem już kolegów. Widziałem tylko bramkę przeciwników.

Podobno następnego dnia na treningu nie udało się panu powtórzyć tego rzutu?
Byliśmy w świetnych humorach. Przyjechaliśmy do hali, Bogdan ustawił piłkę i mówi: "rzucaj". Nie trafiłem, za drugim razem obiłem słupek. Dopiero za trzecim się udało. Ten luz, który mieliśmy, te dobre nastroje, zamieniły się w zupełną ciszę. Chyba wszyscy zdaliśmy sobie sprawę, że tak naprawdę niewiele brakowało, żeby nas na turnieju nie było, że zwyczajnie mogłem nie trafić. Liczyliśmy na to, że Sławek Szmal obroni rzut przeciwnika i to on rzuci przez całe boisko, nie było innej wersji w naszych głowach. Rzut, który przeszedł do historii, to żaden wyczyn, technicznie nieskomplikowany, ale oddałem go w takich okolicznościach, że zostałem chwilowym bohaterem.

Pan w swojej karierze to raczej od goli nie był.
Miałem inne zadania. Ale jak myślisz o ważnych bramkach w historii polskiej piłki ręcznej, to myślisz właśnie o moim rzucie, golu Michała Szyby w meczu z Hiszpanią z 2015 roku i... No i trzeci to chyba dopiero będzie w przyszłości.

Pytanie kiedy. Bo tak jak dziesięć lat temu straszyliście, że po was może nic nie zostać, tak właśnie nic nie zostało, a Polski nie ma nawet na mistrzostwach świata.
Nie wywalczyliśmy awansu pierwszy raz od 2005 roku, w zeszłym roku przegraliśmy eliminacje z Portugalią. Taką porażkę ciężko mi wytłumaczyć, a już zupełnie nie potrafię tego, co stało się w spotkaniu z Izraelem. Zwyczajnie tego nie rozumiem. Pamiętam taki turniej, kilkanaście lat temu, jeszcze przed Wentą, w Holandii to chyba było. Czekaliśmy na Izraelczyków i kiedy wyszli na rozgrzewkę, trochę nie wierzyliśmy w to, co się dzieje. Ich bramkarz miał rękawice bramkarza z piłki nożnej. Kiedy zaczynał się mecz, sędzia kazał mu je zdjąć - tłumaczył, że w piłce ręcznej to jednak broni się bez rękawic. Zawodnik z Izraela nie dowierzał, był zszokowany, a myśmy się zastanawiali, czy pomylił boiska. W takim miejscu byli, a teraz z nami wygrali.

Nie pamiętam tego, że Bogdan Wenta mówił, że piętnaście sekund to dużo czasu, pamiętam za to, że Daniel Waszkiewicz przekazał nam informację, że Norwegowie wycofali bramkarza. To było istotne

Ma pan wrażenie, że spełnia się czarny scenariusz, przed którym ostrzegaliście?
Mówiłem to ja, mówił Karol Bielecki czy Sławek Szmal. Złoty okres został przespany. I to wcale nie dlatego, że na ręczną nie ma pieniędzy. Właśnie kasy jest całkiem dużo, tylko trzeba ją odpowiednio wydatkować. Skończmy z tymi bzdurami, że piłka nożna nam, albo siatkówce coś zabiera. Problemem jest brak odpowiedniego systemu szkolenia, nie ma jakości, kontroli. Brakuje klasycznej piramidy zadań - sprawdzania tego, co udało się wypracować w poprzednim miesiącu, i opracowania planu na kolejny. Na papierze wszystko się pięknie zgadza, pieniądze są, trenerzy są, tylko wyników nie ma, a nasze młodzieżówki to dramat.

Widzi pana jakąś nadzieję?
Teraz? Nie bardzo. Życzyłbym sobie, żeby piłka ręczna odrodziła się jak najszybciej, trzymam kciuki za moich kolegów, którzy zostali trenerami, oraz za Piotra Przybeckiego, bo to fajny facet i dobry trener. Co prawda ja bym ostrzej reagował w niektórych sytuacjach, ale wiemy, jakim spokojnym człowiekiem jest Piotrek i musimy wierzyć w jego metody. Według mnie obudzimy się najwcześniej w 2023 roku, bo potrzeba kilku lat, żeby odrobić przespany czas. Na tym etapie o obecnej kadrze ciężko cokolwiek powiedzieć.

Dlaczego?
Bo to zbyt trudne zadanie. Ta grupa dopiero się tworzy, a kontuzje sprawiają, że co chwila pojawia się ktoś nowy i jak na razie nie doczekaliśmy się odpowiedniego poziomu sportowego oraz  lidera. Nie ma kogoś takiego jak Szmal, albo Grzesiek Tkaczyk. Są fajne, waleczne chłopaki, ale czasami jak jeźdźcy bez głowy. To nawet nie jest ich wina, bo lidera kształtuje grupa, czasami jakiś przełomowy mecz. W tym zespole nic się jednak jeszcze nie wykreowało, ale wszystko przed nami - dajmy im spokojnie pracować.

Brakuje tylko charakteru czy jednak głównie umiejętności?
Raczej umiejętności, ale nie możemy żądać od chłopaków, którzy nie grają w czołowych klubach Europy i nigdy nie byli jeszcze na imprezie rangi mistrzostw świata czy Europy, że nagle zaczną walczyć o medale. Problemem jest brak dopływu zdolnej młodzieży - takiej silnej, gotowej na wyzwania od małego. Rozmawiałem ostatnio z prezesem Polskiego Związku Piłki Siatkowej Jackiem Kasprzykiem - u nich jest odpowiednia kontrola nad szkoleniem, jest selekcja. U nas - ośrodki szkolenia powstały na bazie już istniejących klubów. Właściwie nie stworzono niczego nowego, nie powstało miejsce, do którego trafialiby najlepsi, wyselekcjonowani zawodnicy z regionów, gdzie indywidualizowany byłby trening, gdzie nadzorowani byliby trenerzy. W piłce ręcznej nie było odpowiedniej selekcji, ośrodki powstały na bazie istniejących zespołów, poszło dofinansowanie i tak już zostało.

Brakuje panu byłych zawodników w strukturach?
Trochę brakuje, ale kilku moich kolegów z drużyny dołączyło ostatnio do pionu szkoleniowego. Do zarządu nie da się dostać tak po prostu, dlatego zakładamy fundację. Stwierdziliśmy, że siła tkwi w naszej grupie, bo jak sam pójdę do prezesa Andrzeja Kraśnickiego i powiem mu, że jest jakiś problem, to się ze mną zgodzi albo nie. A jak pójdziemy wszyscy, to uwierzy, że coś jest nie tak. Liczyliśmy na to, że Bogdan nie zostanie prezydentem Kielc, bo wtedy może chciałby działać w związku. Pociągnąłby nas za sobą, jest osobowością. "Handaball Legends" powstaje jednak właśnie w oparciu o jego drużynę i o byłe zawodniczki z reprezentacji kobiet. Będziemy starali się wspierać piłkę ręczną przez media, wymuszać na władzach wpływ na szkolenie i na wydatkowanie pieniędzy na marketing. Normalnie w struktury nie udałoby nam się wejść, bo nie mamy poparcia tak zwanego terenu.

Walczycie o szczytne cele czy po prostu o stołki?

Nam o stołki nie chodzi, tak naprawdę to nic fajnego być prezesem. Chcemy zmian, które uzdrowią naszą dyscyplinę. Na ośrodki szkolenia ministerstwo daje kilka milionów złotych rocznie - to duże pieniądze, za moich czasów takich nie było. Planujemy zrobić pozytywne rzeczy, których efekt będzie widoczny dopiero za kilka lat. Taka fundacja to dla nas jedyna droga, by zbliżyć się do ludzi odpowiedzialnych za rozwój piłki ręcznej w Polsce. Przez dziesięć lat rozgrzewaliśmy kibiców w styczniu kolejnymi występami na wielkich turniejach, teraz nie istniejemy. Mnie jest tak zwyczajnie, po ludzku, przykro. Nie płaczę, ale jestem przygnębiony - to, że w tym roku nie ma nas na mistrzostwach świata, to jakaś masakra. Uważam, że można byłoby zrobić więcej. Ktoś mi zarzuci, że narzekam i mówię głupoty, zamiast zająć się pracą, tyle że ja na miarę swoich możliwości robię bardzo dużo poprzez moją Akademię Małych Mistrzów i Stowarzyszenie Akademia Sportu.

Prowadzi pan na przykład zajęcia wychowania fizycznego dla ośmiu tysięcy dzieci na raz. To chyba chwyt marketingowy, bo przecież z takim tłumem nie da się ćwiczyć?
Czym innym jest regularny trening wykonywany kilka razy w tygodniu, czym innym zajęcia, które mają propagować ruch. Chcę, żeby dzieciaki przyjechały do fajnej hali, poznały ciekawych ludzi, żeby wróciły do domu i zachwycone tym, że poznały Tomka Majewskiego, Szymona Kołeckiego, albo Anitę Włodarczyk, postanowiły zacząć chodzić na jakieś zajęcia. Przyjeżdżają do nas nauczyciele wychowania fizycznego, dyrektorzy i to wszystko rozlewa się po Polsce. To tylko promocja sportu, ale czuję, że robię coś dobrego.

 

 

Co pan widzi na tych zajęciach z tłumem? Tysiące dzieci, które nie potrafią zrobić przewrotu w przód i tył?
Różnie, nie ma reguły. Jedyny wniosek, jaki mam, to że dzieci z mniejszych miejscowości i ze wsi są bardziej wysportowane. W mieście jest więcej pieniędzy, bogata oferta zajęć pozalekcyjnych i rządzi wygodnictwo. Rodzice przywożą na trening, odwożą, chuchają, dmuchają. Na mnie nikt nie chuchał, biegałem w tenisówkach na trening wieczorami i nikt mnie nie pytał czy czegoś mi brakuje. Do tych czasów oczywiście nie wrócimy, ale stąd biorą się właśnie braki w charakterach do sportu. Mam inny pomysł gdzie ich szukać.

No gdzie?
Na przykład wśród trudnej młodzieży. Od dwóch lat wraz z moim stowarzyszeniem realizuję projekt "Be Alive and Never Give Up" - jeździmy po Młodzieżowych Ośrodkach Wychowawczych i Socjoterapeutycznych oraz Zakładach Poprawczych próbując zresocjalizować młodzież przez sport. Wraz ze mną są Łukasz Kadziewicz i Tomasz Oświeciński, były żołnierz GROM-u NAVAL oraz były policjant jednostek specjalnych. Nie wymądrzamy się: po prostu opowiadamy o sobie, prowadzimy zajęcia sportowe, a później przez kilka godzin prelekcje oraz rozmowy indywidualne. Tym młodym ludziom potrzeba autorytetów i odpowiednich wzorców. Do tej pory odwiedziliśmy już ponad trzydzieści ośrodków, a jeszcze około dziewięćdziesiąt przed nami.

Kogo tam spotykacie?
Wielu fajnych ludzi, których skreśliło życie, nie pytając o zgodę. W Młodzieżowych Ośrodkach Wychowawczych są 12, 13, 14-latkowie, którzy w 90 procentach zostali wykorzystani przez swoje środowisko i rodziny, którzy nie znaleźli się na zakręcie z własnej woli i ochoty. To są dzieciaki, które widziały śmierć swojej mamy, albo swojego taty, młodzi ludzie z totalnej patologii złapani np. w czasie pracy dla dorosłego dealera narkotyków. Widzę w nich olbrzymi potencjał sportowy - niekoniecznie musi być to piłka ręczna, ale choćby podnoszenie ciężarów, boks, MMA - to daje upust negatywnych emocji, są to dyscypliny, w których ta młodzież mogłaby się sprawdzić. Myślę, że nie zdaje pan sobie sprawy, jakie ci ludzie mogą mieć marzenia.

No jakie?
15-letnia dziewczynka na pytanie, co chciałaby osiągnąć za pięć lat, odpowiada, że chciałaby mieć pełną lodówkę. Bo matka biła ją, kiedy brała jedzenie, bo jako adoptowane dziecko jadła za karę pod stołem, kiedy reszta rodziny siedziała na krzesłach. Rzucali jej jedzenie na podłogę, jak psu. To są takie historie, że chce się tylko płakać. Ośrodki wychowawcze to ostatni przystanek przed poprawczakiem, często też ostatni dzwonek - stamtąd można wyciągnąć naprawdę dużo utalentowanej młodzieży. Utalentowanej i charakternej, takiej która mogłaby się sprawdzić na przykład w jednostkach specjalnych, dlatego są z nami żołnierz i policjant. Otwieramy tym młodym ludziom oczy, Kadziu opowiada o alkoholizmie, ja też występuję przede wszystkim jako człowiek, który miał swoje wzloty i upadki. Oni do nas mówią: "O kurde, jesteście tacy normalni". Mam wrażenie, że dajemy im iskierkę nadziei. W tym roku planujemy odwiedzić blisko czterdzieści placówek. Chciałbym otworzyć ośrodek dla najlepszych w Gdańsku, miałem o tym w lutym rozmawiać z Pawłem Adamowiczem. Z Pawłem już nie pogadam, może ktoś inny będzie chciał pomóc.

Mówi pan, że miał wzloty i upadki. O jakie upadki chodzi?

Też nie byłem święty. Nie miałem takich przeżyć jak Łukasz Kadziewicz, nie jestem alkoholikiem, nie ćpałem, ale zdarzało się przecież wypić za dużo, trochę rozrabiałem. Jakieś złe rzeczy z kolegami robiłem, ale drobne, nic drastycznego. My tym ludziom po prostu pokazujemy też normalność - dajemy możliwość realizacji marzeń tłumacząc na przykład, że nie trzeba być z Warszawy, żeby osiągnąć sukces.

15-letnia dziewczynka na pytanie, co chciałaby osiągnąć za pięć lat, odpowiada, że chciałaby mieć pełną lodówkę. Bo matka biła ją, kiedy brała jedzenie, bo jako adoptowane dziecko jadła za karę pod stołem, kiedy reszta rodziny siedziała na krzesłach. Rzucali jej jedzenie na podłogę, jak psu

Pana sport też wyciągnął?
Tak. Pochodzę z Wągrowca, mam tam kilku kolegów, którzy sobie całkiem dobrze radzą. Mam też takich, którzy tak jak siedzieli na murku, tak dalej siedzą. Albo siedzą, ale w więzieniu. W dwóch ośrodkach spotkałem chłopaków, którzy mówili na mnie "ziomal" i tłumaczyli, z których ulic Wągrowca pochodzą - naprawdę są to ciężkie chwile. Wizyty w tych ośrodkach są trudne, trochę się po nich zbieram. W okresie przedświątecznym byliśmy w jednej placówce, zapytałem dyrekcji, czy wszyscy na święta jadą do swoich domów. Trzech nie jechało. Jeden powiedział, że jak dwa razy był, to go konkubent matki zlał do krwi, a matka wysłała go do sklepu, żeby coś na wigilię ukradł. Ukradł, złapali go, podnieśli mu karę. Jak w następnym roku powiedział, że nie ukradnie, to go tak w domu skatowali, że na SOR trafił... Wie pan, my rozdajemy koszulki przed treningiem i różnie bywa.

Co to znaczy?

No jeden chłopak się nie rozbierał. Zapytałem wychowawcę, o co chodzi. Ojciec go żelazkiem przypalał i dzieciak się teraz wstydzi blizn. Taki ktoś nie musi być stracony dla społeczeństwa, trzeba mu pomóc. Dwa razy byliśmy na pogadankach w normalnych szkołach, tak ku przestrodze. Dawaliśmy przykłady - na początku był gwar, hop, siup i tra la la, ale rozwydrzenie zamieniało się w ciszę. Jak dzieciaki usłyszały, jakie życie mają ich rówieśnicy z ośrodków.

Sport potrzebuje takiej "parszywej dwunastki"?

Sport potrzebuje mocnych charakterów. Niech pan popatrzy, skąd pochodzą na przykład Robert Korzeniowski czy Anita Włodarczyk. Tomek Majewski, gdyby nie zdobywał złotych medali, pewnie zostałby na wsi, Piotrek Małachowski pewnie by komuś szczękę przestawił i miał przez to problemy. Darek Michalczewski to też dobry przykład. Sport ratuje, a jak ktoś potrafi się w życiu podnieść, to i w sporcie mu łatwiej.

Wasza drużyna to były mocne charaktery. Bielecki stracił oko, a później wygrał Ligę Mistrzów, Tkaczyk jest siłą rodziny, którą dotknął dramat niepełnosprawnych dzieci.

To superfaceci. Godni podziwu. Karol się zmienił - też nie miał najciekawiej w życiu, zawsze był zamknięty, stronił od mediów. Wypadek go otworzył, zrozumiał, że może dać coś innym. Uwielbiałem ten jego dystans. Wie pan - "nie widzę problemu", albo "porozmawiajmy szczerze, w troje oczu". Karol pokazuje, że można stawić czoła każdemu nieszczęściu.

Pan był bliski rzucenia sportu, zanim na dobre zaczęła się prawdziwa kariera.

Nie że mi się znudziło, ale zwyczajnie nie miałem pieniędzy. W Wybrzeżu przez osiem miesięcy nie dostawaliśmy wynagrodzenia. Poszedłem na chwilę do Warszawianki, ale trafiłem z deszczu pod rynnę, znowu grałem za papieskie, czyli "Bóg zapłać". Zacząłem kończyć jakieś kursy z branży ubezpieczeń, chciałem się zająć czymkolwiek, co pozwoliłoby mi się utrzymać. W końcu trafiłem do Luksemburga, to nie była potęga, ale miałem kilka tysięcy euro i otwartą drogę do Francji. Wcześniej trenowałem w Gdańsku w hali bez ogrzewania, pięć stopni było, ćwiczyliśmy w czapkach, o kąpieli mogliśmy tylko pomarzyć. Gdybym został w Polsce, nie byłoby mnie w reprezentacji i gola z Norwegią musiałby rzucić ktoś inny.

A tak trafił pan do grona celebrytów.

Zgadzam się, że gdybym chciał, mógłbym zostać celebrytą, ale nie uważam się za kogoś takiego i nie odnajduję się w tym świecie. Nikogo nie oceniam, ale dla mnie byłoby to trochę poniżające, bo nie lubię się uzewnętrzniać. Rozmawiam z panem dość szczerze, bo znamy się kilkanaście lat, ale i tak dużo prywatności zostawiam dla siebie. 

Łatwe i szybkie pieniądze powinny być kuszące dla kogoś - jak pan mówi o sobie - kto nie był święty.

Co innego z domu wyniosłem. Jestem bardzo zżyty z rodzicami, a mama zawsze powtarzała, że z kim przestajesz, takim się stajesz. Że zanim wydam osąd, mam poczuć odrobinę empatii i postawić się w miejscu tej osoby. Jestem otwarty, prosty chłopak - mówię, co myślę. Oczywiście, że gol z Norwegią otworzył mi wiele drzwi, ale i bez tego gola dostałbym się tam, gdzie chcę. Potrafię z każdym rozmawiać i szanuję ludzi. Od każdego biorę coś dla siebie, nie uważam, że jestem najmądrzejszy. I mam coś, czego innym trochę brakuje: przyznaję się do błędów. Rodzice są ze mnie dumni nie tylko za karierę sportową. A mama przecież zbierała wszystkie wycinki o mnie jeszcze z czasów, gdy grałem w Nielbie Wągrowiec. Przekładam czasami te żółte kartki, żeby przypomnieć sobie, kim byłem kiedyś.

Niemcy pisali o panu, że nawet wśród rodziny nie ma żadnych przyjaciół.

Chodziło im o styl grania, że jestem twardy i nikogo nie szanuję. Jak mieliśmy z nimi grać, to stosowali różne chwyty, o czerwonych świniach też pisali, żeby wyprowadzić nas z równowagi. Przyjaciół jednak rzeczywiście nie mam wielu, może kilku takich, na których zawsze mogę polegać. Mam za to wrażenie, że wiele osób mnie lubi i ja lubię wiele osób. Nie jestem konfliktowy. Teraz, robiąc biznesy, dowiaduję się, że komuś nie podoba się moja działalność, ale to chyba opinie wynikające z zazdrości, że zagospodarowałem siebie tak szybko po zakończeniu kariery. Dla takich osób mam jedną radę: zamień się ze mną, zrób coś, wymyśl, będę ci kibicował.

Największym zawodem w pana karierze jest brak medalu na igrzyskach w Pekinie?

Byłem pewny, że go wywalczymy. Porażka była dla mnie druzgocąca. Wiedziałem, że jestem w takim wieku, że to moja jedyna szansa. Kiedy wróciłem po igrzyskach do klubu, byłem wypalony, nie czułem żadnej przyjemności z gry. Większość sportowców mówi, że oddałaby wszystkie wywalczone medale mistrzostw świata, Europy czy te z gry w klubie za jeden olimpijski. Nie będę oryginalny, zrobiłbym tak samo.

Na każdego coś znajdziesz. Adam Małysz ma za długie wąsy, Robert Lewandowski strzela tylko w klubie, a jego żona Ania za szybko się rozwija. Ludzie są zawistni, nie tylko Polacy

Podobno po waszym wyjeździe siadła atmosfera w całej reprezentacji Polski.

Nasłuchałem się dużo legend, trochę mieszano historie. Przed igrzyskami była jedna impreza z siatkarkami w Szczyrku, bo byliśmy w tym samym miejscu na zgrupowaniu. Miałem już parę rzeczy za uszami, leczyłem kontuzję i usłyszałem od Bogdana Wenty, że mam wybór: "impreza albo igrzyska", więc nigdzie nie poszedłem. A w Pekinie po naszym odpadnięciu rzeczywiście było grubo, bo to był taki czarny dzień. Siatkarze przegrali i odpadli z turnieju, poprosili nas o uratowanie honoru gier zespołowych, ale nie daliśmy rady i przegraliśmy z Islandią. Napruliśmy się jak worki. Ja kończyłem w koszulce Pawła Zagumnego i w nakolannikach oparty o łóżko, bo nie byłem w stanie do niego dojść, Guma zasnął w mojej koszulce, Łukasz Kadziewicz też okrutnie się nawalił. Dla siatkarzy to był koniec, my graliśmy jeszcze mecze o piąte miejsce. Jak nas rano Bogdan zobaczył, to odpuścił trening. Wygraliśmy później, co było do wygrania i pokazaliśmy charakter, ale coś w nas pękło. Ta impreza, kiedy żegnaliśmy się z marzeniami, musiała się wydarzyć - wypuściliśmy emocje z alkoholem, każdy normalny człowiek szukałby gdzieś ujścia.

Reprezentacja Polski w piłce ręcznej kupowała kibiców także tym, że uchodziła za bandę kumpli. Naprawdę tak się lubiliście?

Tak, do dzisiaj się spotykamy. Wiadomo, że kogoś lubiło się bardziej, kogoś mniej, ale kwasów nie było. Kiedy zaczynaliśmy naszą przygodę na zgrupowaniu w 2004 roku, usiedliśmy z Bogdanem przy ognisku i powiedzieliśmy o swoich marzeniach. Postanowiliśmy zrobić coś fajnego dla siebie, później zaczęło nam się to podobać, a wygrywanie weszło w krew. Mieliśmy szacunek do siebie i do swojej pracy. Jak piliśmy, to piliśmy, jak umawialiśmy się, że nie pijemy, to nikt się nie wyłamywał. Wiedziało się, że obok na boisku stoi kumpel, na którego można liczyć. Że w trudnym momencie ci pomoże. Pytaliśmy się tylko z kim dzisiaj gramy. Z Duńczykami? Z Niemcami? To chodźcie z nimi wygramy. Nie przyjeżdżaliśmy na zgrupowania, tylko spotkać się z kumplami. Najpierw było piwko i aktualności, a później ciężka praca.

To piwko to wam na sucho uchodziło nawet na lotnisku przy ludziach.

Bo nie byliśmy piłkarzami nożnymi i nie mieliśmy przechlapane tak, jak oni. Nikt nas nie znał, mogliśmy na luzie pójść na miasto, a za nimi szli paparazzi. Mam dużo szacunku do chłopaków od nogi, uprawiają najpopularniejszą i najbardziej medialną dyscyplinę na świecie. U nich kibice zaglądają nawet do lodówki. Żałosna była ta ostania kłótnia w mediach o zarobki. Gdyby mnie ktoś zaproponował bardzo wysoki kontrakt, to też natychmiast bym go podpisywał, albo walczył o jeszcze więcej. Sport to pieniądze, pieniądze to popularność, popularność to sukcesy, reklamodawcy. Tak to się kręci. Zazdrość dotycząca zarobków piłkarzy jest chora.

 

Wenta został prezydentem Kielc. Spodziewał się pan, że mu się uda?

Bogdan jeszcze pracując w Vive zapowiadał, że chciałby spróbować sił w polityce. To facet, który musi mieć ciągle wyzwania i nienawidzi przegrywać. Taki typ człowieka, jak Michael Jordan. Niezależnie czy grał w piłkę nożną, w karty czy bierki - musiał wygrać, albo miało się wrażenie, że z żalu i złości dosłownie przegryzie ci aortę. Jak widział, że coś się kończy i wypala, natychmiast szukał czegoś nowego. Jako europoseł nie tylko podpisywał listę obecności w Parlamencie Europejskim, działał w wielu komisjach, ma olbrzymią wiedzę o globalizacji sportu, o jej wpływie na europejską gospodarkę. Życzę mu jak najlepiej, osobiście gratulowałem mu zwycięstwa.

W Polsce łatwo pluje się na pomniki?
Na każdego coś znajdziesz. Adam Małysz ma za długie wąsy, Robert Lewandowski strzela tylko w klubie, a jego żona Ania za szybko się rozwija. Ludzie są zawistni, nie tylko Polacy. Brakuje im szacunku dla tych, którzy do czegoś doszli. Potrzeba nam zmian, bo społeczeństwo jest bardzo podzielone. Nie angażuję się politycznie i nigdy nie będę, moje poglądy wrzucam do urny, gdy idę na wybory. Morderstwo prezydenta Adamowicza powinno być wstrząsem, powinno dać do myślenia rządzącym i tym, którzy marzą o władzy, by się opamiętali i zakopywali rowy, zamiast je pogłębiać.

Autor: 
Michał Kołodziejczyk
Źródło: 

wp.pl

Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Potwierdź, że nie jesteś robotem:

Reklama