Wojciech Fortuna 47 lat temu zdobył złoty medal igrzysk olimpijskich w Sapporo

Reklama

pon., 02/11/2019 - 16:56 -- koscielniakk

11 lutego 2019 roku mija dokładnie 47 lat od złotego medalu Wojciecha Fortuny w Sapporo – jednego z najbardziej niezwykłych w historii polskiego sportu.

 

– Miałem niezłe wyniki, ale powiem szczerze, że nie liczyłem na wyjazd na igrzyska do Japonii. Jednak trenerzy – klubowy Jan Gąsiorowski i reprezentacji Janusz Fortecki, a także zakopiańscy dziennikarze sportowi Wojciech Jarzębowski oraz Marian Matzenauer, walczyli o mnie i dołączyłem do ekipy jako rezerwowy – wspomina po latach.

Wtedy wszystko potoczyło się bardzo szybko. – W czwartek były ostatnie eliminacje, a już w poniedziałek jechałem do Sapporo. Na miejscu okazało się, że forma rośnie. Czułem to już od pierwszego treningowego skoku. Na średniej skoczni wygrał faworyt gospodarzy Yukio Kasaya, a ja byłem szósty. Czułem pewien niedosyt, ponieważ wylądowałem na obu nogach i sędziowie obniżyli mi noty. Gdyby nie to, pewnie byłoby podium – zaznaczył Fortuna. 

Przed konkursem 11 lutego 1972 roku na dużej skoczni japońscy kibice liczyli na drugi złoty medal Kasai. – Atmosfera była gorąca. W pierwszej serii skaczący z numerem 28. Akitsugu Konno osiągnął 92 m i objął prowadzenie. Po nim na belce zasiadłem ja. Ruszyłem i już na progu czułem, że będzie dobrze. I było – 111 metrów, czyli tylko dwa mniej niż ówczesny rekord Okurayamy. Oceny sędziowskie też były wysokie. Prowadziłem. Kasaya wylądował na 106. metrze i był drugi – relacjonował Fortuna. 

Przypomniał, że wtedy konkurs na krótko przerwano w obawie o bezpieczeństwo skoczków. – Zarządzono głosowanie wśród arbitrów i stosunkiem głosów 3:2 zdecydowano jednak kontynuować zawody, ale skrócono rozbieg, bo pogorszyły się warunki, wiał paskudny wiatr.

W drugiej serii Polak skoczył tylko 87,5 m. – Kasaya uzyskał jeszcze mniej i ledwo wybronił się przed upadkiem. Wygrałem. Zdobyłem złoto i jednocześnie zostałem mistrzem świata. Wtedy automatycznie przyznawano ten tytuł mistrzom olimpijskim – dodał. 

Na podium była wielka radość. – Słuchałem Mazurka Dąbrowskiego i myślałem, że oto spełniają się moje sportowe marzenia. Nic dodać, nic ująć. To była jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu – podkreślił. 

Zakopane powitało mistrza entuzjastycznie. – Były spotkania z kibicami, a na jedno z nich – pod Wielką Krokwią – przyszło chyba 50 tysięcy ludzi. Morze głów! Z kolejnego przy urzędzie miasta pamiętam głównie, że stałem na dachu tego budynku, a tysiące ludzi głośno wyrażało radość. Dostałem też kilka pamiątkowych medali – przypomniał Fortuna.

W kolejnych latach... bywało różnie. – I w sporcie, i w życiu. Startowałem, póki czułem, że ma to sens. Zakończyłem karierę, popracowałem chwilę w swoim macierzystym klubie, potem wyjechałem na Śląsk, następnie do USA. Tam założyłem firmę malarską, ale cały czas myślałem o sporcie. Napisałem dwie książki, byłem na kilku igrzyskach olimpijskich. W 1994 roku w Lillehammer komentowałem dla telewizji konkursy skoków. W 2003 roku wróciłem do Polski i wraz z żoną Marylą osiadłem w Gorczycy koło Augustowa. 

Jak dodał, sport nadal jest dla niego niezwykle ważny. – Na Suwalszczyźnie pomagam w organizowaniu wielu imprez narciarskich. Niestety, nie ma tu skoczni, ale i tak cieszy mnie to, co robię – zaznaczył. 

Fortuna nie zamierza jakoś specjalnie świętować kolejnej rocznicy swojego sukcesu. – W tym roku skupimy się na tradycyjnie organizowanych zawodach. Oczywiście pamiętają o mnie przyjaciele, znajomi, a także miłośnicy skoków dzwoniąc od kilku dni i składając życzenia. To miłe, więc na 50. rocznicę na pewno zrobimy jakąś fajną imprezę.

Autor: 
---------------
Źródło: 

TVP.pl

Dział: 
Polub Plportal.pl:

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Potwierdź, że nie jesteś robotem:
1 + 9 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.

Reklama