Polish Arabic Chinese (Traditional) Czech English French Georgian German Greek Hindi Hungarian Italian Japanese Russian Serbian Spanish Swedish Turkish Ukrainian

Straciła nogi w ataku terrorystycznym. Teraz startuje na Paraolimpiadzie

Reklama

ndz., 09/05/2021 - 01:32 -- MagdalenaL

Zdjęcie: De Lavalette, która straciła obie nogi podczas bombardowań w Brukseli w 2016 roku, nie była w stanie jeździć konno podczas okresu rehabilitacji, co, jak mówi, „było dla niej bardzo ciężkie”.

(CNN) – Beatrice de Lavalette miała 17 lat, kiedy przebywała na lotnisku Zaventem w Brukseli, wracając do Stanów Zjednoczonych z wiosennej przerwy świątecznej. Ostatnią rzeczą, którą pamięta, jest ciemność i uczucie bycia podnoszoną z ziemi.

Zupełnym przypadkiem De Lavalette stała obok zamachowca-samobójcy i była jedną z 300 osób, które zostały ranne po tym, jak 22 marca 2016 r. na lotnisku Zaventem miejsce miały dwa wybuchy, w wyniku czego zginęły 32 osoby, atak ten przypisany jest ISIS.

„Rozmawiałam wtedy przez telefon z bratem i słuchałam muzyki nie zwracając uwagi na to, co się wokół mnie działo [...] Następną rzeczą, jaką pamiętam, jest to, jak wszystko nagle zrobiło się ciemne”, mówi de Lavalette. Amanda Davies w wywiadzie z CNN Sport. „Tuż po tym, jak wróciłam do przytomności po pierwszym uderzeniu bomby, pamiętam, że rozglądałam się i wiedziałem dokładnie, co właśnie miało miejsce, i pamiętam też, że pomyślałam: »Nie mogę uwierzyć, że to się właśnie stało«" – dodaje.

Pamięta też „chaos, mnóstwo dymu, ognia i ciemność”.

„Słyszałam, jak inni ludzie wołają o pomoc [...] Pamiętam, że pomyślałam, że prawdopodobnie powinnam robić to samo” – mówi.

W końcu uwagę de Lavalette zwrócił jeden pierwszych ratowników, który natychmiast skierował w jej stronę gaśnicę, aby ugasić płomienie, które otoczyły jej ciało. Obrażenie, które odniosła zmieniły jej życie - oparzenia drugiego i trzeciego stopnia, uraz rdzenia kręgowego i utrata dolnych części nóg –  obydwie musiały zostać amputowane.

Sześć lat po tym strasznym dniu 22-letnia zawodniczka jeździectwa nie może się doczekać reprezentowania drużyny USA na jej pierwszych Igrzyskach Paraolimpijskich w Tokio.

 

Końca nie widać

De Lavalette opowiada o tym, jak mniej więcej miesiąc po wyjściu ze śpiączki płakała każdego dnia będąc na OIOMie i zastanawiała się, co czeka ją w dalszym życiu.

„Dzięki Bogu, że moja rodzina mnie wspierała”, wspomina de Lavalette. „Sama świadomość, że moje życie się nie skończyło i że będę mogła żyć dalej bardzo mi pomogła, gdy byłam w szpitalu”.

Kilka miesięcy później odwiedziła ją ambasador ameryki w Belgii i zaczęły rozmawiać o Igrzyskach Olimpijskich w Rio 2016.

„Rozmawialiśmy i żartowaliśmy. Wspomniała, że w tym momencie w Rio odbywały się igrzyska olimpijskie i jak fajnie byłoby, gdybym mogła wziąć udział w następnych igrzyskach w Tokio” – mówi. „Ale tak naprawdę nie zastanawiałam się nad tym”.

Do tamtego momentu de Lavalette nie miała zamiaru zostawać sportowcem – nie mówiąc już o rywalizacji na Igrzyskach Paraolimpijskich – ale chciała powrócić do swojej pasji – jazdy konnej.

„Chciałam wrócić do mojego [...] normalnego życia, a dla mnie normalne życie to jazda konna, więc niemożność robienia tego jest naprawdę przytłaczająca”.

 

Powrót do formy

De Lavalette spędziła miesiące ucząc się ponownie jeździć, co było „naprawdę ciężkie”.

„Nie miałam żadnych mięśni, sama skóra i kości, więc powrót na siodło bez poczucia równowagi był naprawdę ciężki. Ale z czasem udało mi się nabrać masy mięśniowej i popracować nad utrzymaniem równowagi, więc z czasem było coraz łatwiej” – mówi. „Moje ciało było zupełnie inne niż wcześniej, więc musiałam dostosować to, czego do tej pory się nauczyłam do nowych warunków”.

Jeźdźcy często używają nóg do prowadzenia konia, przenosząc ciężar, aby zmienić kierunek ruchu wierzchowca, ale de Lavalette używa w tym celu bicza, dotyka konia w odpowiedni bok, aby powiedzieć mu, gdzie ma się kierować.

 

„Jestem bardzo wdzięczna”

Zdjęcie: De Lavalette spędziła miesiące ucząc się jeździć konno. Po raz pierwszy pojawiała się w amerykańskiej drużynie jeździeckiej w styczniu 2020 r.

Od jazdy na południu Francji jako młoda kobieta, po powrót na siodło swojego konia nazwanego Delegada X– którego czule nazywa DeeDee – de Lavalette mówi, że jej więź z końmi zawsze okazywała się silniejsza niż przeszkody, które napotykała na swojej drodze. Kiedy de Lavalette dochodziła do siebie w szpitalu, jej matka znalazła sposób na przyprowadzenie DeeDee na szpitalny parking, gdzie kobieta ponownie spotkać się ze swoim ukochanym towarzyszem.

„Ten moment sprawił, że zdecydowałam, że nie poddam się” – powiedziała w talk-show „The Doctors”. „To poczucie więzi, którą tworzysz [...] w trakcie treningu, to jest prawdopodobnie moje ulubione uczucie” – dodaje.

De Lavalette wróciła do szkoły we wrześniu 2016 r. i zakończyła swój pierwszy para jeździecki pokaz w kwietniu 2017 r. Po raz pierwszy wystąpiła w amerykańskiej drużynie jeździeckiej w styczniu 2020 r. – gdzie przyczyniła się do zwycięstwa w zawodach drużynowych.

Ostatnio przyzwyczaiła się do treningu ze swoim nowym wierzchowcem, 14-letnim holenderskim koniem gorącokrwistym o imieniu Clarc, o którym de Lavalette mówi, że jest „wspaniały”.

„Mam go od dziewięciu miesięcy” – mówi. „To tak wspaniały koń. W pewnym sensie bardzo mnie wspiera. Jest pracowity. Lubi to, co robi i mnie nie zrzuca [...], więc bardzo to doceniam”.

 

„To było naprawdę niewiarygodne”

W lipcu de Lavalette podzieliła się wiadomością, że została wybrana do reprezentowania drużyny USA na Igrzyskach Paraolimpijskich.

„To było naprawdę niewiarygodne”, mówi, „W pewnym sensie wiedziałam, że do tego dojdzie dlatego, że tak ciężko pracowałam i osiągnęłam wyniki, które pozwoliły mi dostać się do drużyny. Jednak oficjalne usłyszenie tej informacji było czymś naprawdę niesamowitym”.

Oczywiście osiągnięcie de Lavalette jest zwieńczeniem lat ciężkiej pracy i poświęceń, ale mówi, że marzenie o podium paraolimpijskim jest tym, co napędza ją do działań.

„Prawdopodobnie doprowadzi mnie to do łez, ale to tak wyjątkowy moment móc reprezentować kraj, a potem poradzić sobie wystarczająco dobrze, by stanąć na podium. Niesamowite” – mówi de Lavalette. „To będą łzy szczęścia”.

De Lavalette przyznaje, że nie byłaby w stanie przetrwać ostatnich kilku lat bez wsparcia przyjaciół i rodziny.

„Byli ze mną od pierwszego dnia i nigdy nie przestali mnie wspierać. Wiem, że jeśli mam zły dzień, zawsze mogę zadzwonić do rodziców lub przyjaciół, a oni zawsze pomogą mi wrócić do siebie" – mówi. „Urodziłam się w rodzinie […], w której wszyscy jeździli, więc kontynuacja zwyczaju była dla mnie oczywista” – dodaje.

De Lavalette wciąż myśli o tym pamiętnym dniu z 2016 roku.

„Myślę, że nie byłabym osobą, którą jestem dzisiaj, gdyby nie wydarzenia z tamtego dnia” – mówi.

„Obejrzałam z rodzicami zapis tych wydarzeń około rok później. Bardzo ważne było dla mnie, by móc to zobaczyć, ponieważ nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak blisko zamachowca się wtedy znajdowałam”. „Gdy zobaczyłam siebie idącą tuż obok niego, a chwilę później wybuch bomby uświadomiłam sobie, jak wielkie szczęście miałam”. „Szczęście w nieszczęściu i swego rodzaju koszmar”.

Autor: 
Amanda Davies, Sana Noor Haq / tłum. Weronika Florko
Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama