Wojciech Fortuna i pierwsze zimowe złoto dla Polski

Reklama

czw., 08/09/2018 - 14:41 -- koscielniakk

Na ten medal nikt nie czekał. Mało tego, nikt się go nie spodziewał. Wojciech Fortuna sięgnął po olimpijskie złoto w stylu, nad którym jego przeciwnikom trudno było przejść do porządku dziennego. I pomyśleć, że na igrzyska do Sapporo miał wcale nie jechać.

  • Wojciech Fortuna sięgnął po pierwszy złoty medal dla Polski na zimowych igrzyskach olimpijskich, na które pojechał w ostatniej chwili zamiast jednego z saneczkarzy
  • Jego genialny skok na odległość 111 metra japońska telewizja pokazała 85 razy, w Polsce widzowie nie zobaczyli tego na żywo
  • Mistrz olimpijski stał się ofiarą swojego sukcesu, gdyż każdy co chwilę chciał z nim świętować, a on już nigdy nie powrócił do wielkiej formy

To był 11 lutego 1972 roku, z polskiej perspektywy noc z czwartku na piątek. Czarno-biały migotliwy obraz telewizora, a na nim Fortuna wskakujący na dojazd, bez belki startowej, której wtedy nie było. Potem już tylko piękny, daleki, niesamowity wręcz skok na 111 metr, podczas gdy inni nie dolatywali nawet do setnego metra. Biała, prymitywna jeszcze grafika z pomiarem odległości porażała rezultatem polskiego skoczka. Japońska telewizja skok Fortuny pokazała tego dnia jeszcze 85 razy. 19-latek znokautował rywali. Przewaga z pierwszej serii pozwoliła mu sięgnąć po to, co w sporcie najcenniejsze. Po olimpijskie złoto. W kraju zapanowała prawdziwa histeria i szał radości.

 

Nie dostał olimpijskiego dresu, a orzełka kupił sobie sam

Wojciech Fortuna nie był żadną gwiazdą, a same polskie skoki narciarskie nie miały się najlepiej. Do ekipy olimpijskiej, która miała odlatywać do Sapporo został dokooptowany niemal na doczepkę. W ostatniej chwili, po zmniejszeniu kadry o jednego z saneczkarzy, którzy słabo się spisali na ostatnich mistrzostwach Europy. Mówiło się, że formę prezentował średnią, choć w styczniu, trzy tygodnie przed igrzyskami w ładnym stylu wygrał eliminacyjny konkurs skoków na Dużej Krokwi, gdzie skoczył dwa razy na odległość 105,5 metra. To był wstęp do realizacji marzeń nastolatka, który zaledwie dekadę wcześniej rozpoczął swoją przygodę ze skakaniem.

Srogą zimą 1962 roku trener Jan Gąsiorowski zobaczył po raz pierwszy tego chłopca skaczącego na stoku, na zaimprowizowanej skoczni. Wojtek zakochał się w nartach i skokach. W kąt poszła nauka, co nie podobało się jego rodzicom. Zabraniali mu skakać, ale on się wymykał i robił to po kryjomu, a czasem tylko obserwował innych w akcji. Skończył jakoś podstawówkę, później szkołę zasadniczą, gdzie wyuczył się zawodu mechanika samochodowego. Niewiele to zmieniało, bo poza skakaniem i tak się dla niego nic nie liczyło.

Mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym w Zakopanem, widziane z bliska, tak go oczarowały, że postanowił się zapisać do klubu Wisła-Gwardia pod skrzydła wspominanego trenera Gąsiorowskiego. To była przygrywka do międzynarodowej kariery i skoków w juniorskiej reprezentacji Polski poza granicami kraju. W Szczyrbskim Jeziorze zaliczył bolesny upadek i złamał obie narty. Sam jednak wyszedł z tego bez większego szwanku. Koledzy z kadry wspominali potem, że nocą snuł się jak duch po hotelowym korytarzu i analizował przyczyny upadku.

Wrócił silniejszy i lepszy. Przed zawodami w Sapporo był najlepszy w polskiej kadrze. Rozpoczęła się walka o to, aby mógł pojechać na igrzyska. W ostatniej chwili, w dzień pożegnania olimpijskiej kadry dowiedział się, że jednak jedzie. - Albo się tam zabiję, albo zrobię taki wynik, jakiego jeszcze nie widzieli - zapowiedział odważnie w rozmowie z wysłannikiem Polskiej Agencji Prasowej. Wtedy rozmowa przeszła bez większego echa. Wszystko było robione w takim pośpiechu, że Fortuna lecąc do Japonii nie miał nawet oficjalnego dresu, takiego jak pozostali polscy olimpijczycy. Orzełka kupił sobie sam, jadąc na swój pierwszy Turniej Czterech Skoczni i prowizorycznie doszył do kombinezonu. To się przydało.

Pierwszy konkurs z Sapporo był w polskiej telewizji, drugi nie...

Igrzyska w Sapporo trudno było śledzić z polskiej perspektywy tamtych lat. Telewizja właściwie nie zamówiła bezpośrednich transmisji, które były bardzo drogie i w 1972 roku trudne do przeprowadzenia. Z drugiej półkuli zwłaszcza. Widzom prezentowano zatem z opóźnieniem blok tego, co wydarzyło w Japonii kilkanaście godzin wcześniej. Wyjątek zrobiono tylko dla... skoków narciarskich. Pierwszy konkurs w środku nocy docierał do Polski na żywo.

Z dobrej strony na skoczni K-70 Miyanomori pokazał się Wojciech Fortuna. Nie udało mu się wprawdzie pokonać koalicji Japończyków, na co absolutnie nikt nie liczył, ale występ był niezły, jak zresztą oba skoki. Przebieg konkursu był interesujący, na czoło od razu wysunęli się dwaj reprezentanci gospodarzy. Trzeci długo był Fortuna ze skokiem na odległość 82 metrów, ale w końcu wyprzedziło go kolejnych trzech zawodników i zepchnęło na szóste miejsce. Druga seria miała podobny przebieg. Fortuna skoczył 76,5 metrów, co pozwoliło mu jednak obronić zajmowane miejsce, z łączną notą 222,0 pkt. Do brązowego medalu zabrakło mu 7,5 punktu. Wynik przyjęto w kraju bardzo pozytywnie. Młody skoczek zdobył dla Polski jeden olimpijski punkt, a dla siebie dyplom i figurkę japońskiego samuraja.

Można powiedzieć, że pięknie się to wszystko zapowiadało. Treningowe skoki też były bardzo obiecujące, choć wieści o nich nie docierały do kraju, jak dziś z szybkością błyskawicy. Niestety polska telewizja postanowiła nie transmitować na żywo drugiego konkursu na skoczni K-90 Okurayama, przez co adekwatne do całej sytuacji stały się nieśmiertelne słowa "jaka szkoda, że państwo tego nie widzą". A działo się naprawdę wiele.

 

„Wojtek chybaś zwariował!”

To nie był maleńki konkurs skoków, jakimi wydają się te organizowane w krajach, gdzie nikt nie interesuje się tą szczególną dyscypliną. Pod skocznią było 50 tysięcy widzów, rzecz jasna głównie Japończyków, liczących... a właściwie przekonanych, że Yukio Kasaya spełni swój narodowy obowiązek i wygra w cuglach. Przecież na Miyanomori nie miał sobie równych. Kiedy Fortuna wybił się ze skoczni to zdawało się, że leciał i leciał, aż wylądował na 111 metrze. To był absolutny nokaut. Wielu z pozostałych zawodników skakało przecież mniej więcej na odległość osiemdziesiątego któregoś metra.

Naoczny świadek wydarzenia, Andrzej Bachleda-Curuś w swojej książce "Taki szary śnieg", opisał skok następująco: "Teraz kolej na Wojtka. Najeżdża na próg. Odbicie. Tak dziwnie wysoko wylazł w porównaniu do poprzedników. Czy to możliwe? Leci nad zupełnie innymi fragmentami tła. No nie jeszcze go niesie. To niemożliwe! Jest, wreszcie wylądował, lekko po lewej stronie. Wojtek, chybaś zwariował! Podskakujemy z wrażenia i nada nie wierzymy własnym oczom. Pełna euforia wśród naszych dziennikarzy... 111 metrów!"

Była chwila obaw, gdyż sędziowie zaraz po skoku Fortuny na moment przerwali konkurs, aby coś skonsultować. Jeżeli zawodnik, którego nie klasyfikowano do światowej czołówki, poszybował tak daleko, to ci prawdziwi w domyśle mistrzowie mogli się połamać, lądując już na płaskim terenie. Wtedy zmiany belki nie rekompensowano punktami, tylko cała zabawa musiała rozpocząć się od początku. Zdania były podzielone. Sędzia z Czechosłowacji bał się, że jego rodak Jiri Raska się połamie. Norweg i Kanadyjczyk mówili, aby zawody kontynuować. Po chwili zastanowienia japoński arbiter przyłączył się do nich, sądząc, że Kasaya i tak przeskoczy tego przypadkowego lidera z Polski.

Druga seria nie była tak dobra. Rozbieg oczywiście skrócono, Fortuna wylądował na 87,5 metra i musiał drżeć o obronę pozycji lidera, gdyż skakano dokładnie w tej samej kolejności, co w pierwszej serii. Trzynasty po pierwszej serii Szwajcar Walter Steiner skoczył 103 metry i znalazł się o 0,1 punktu za Polakiem. Rainer Schmidt z NRD uzyskał 101 metra i stracił do Fortuny 0,6 pkt. Jeden z ludzi, którzy kontrolowali długość skoków, bo nie było jeszcze komputerowego pomiaru próbował do wpłynąć na wpisujących wyniki, że Niemiec skoczył 102 metry. Szybko się okazało, że sam pochodził z Niemiec Wschodnich. Na takie machlojki mu jednak nie pozwolono. Kasaya nie uniósł presji i skoczył tylko 85 metrów, Fin Tauno Kayhko także nie zagroził Fortunie. Po swoim drugim skoku płakał Raska. - Mogłem mieć medal, przecież mogłem mieć medal.

Już jednak można było odtrąbić sukces - Fortuna jako pierwszy Polak w historii, został zimowym mistrzem olimpijskim. Jego nota z pierwszego skoku 130,4 była najwyższą, jaką kiedykolwiek do tego momentu przyznano w igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata. Łącznie Polak otrzymał 219,9 pkt.

Telewizja z Zakopanego do Krakowa ściągała rodzinę Fortuny

Idący z nartami Fortuna był tak uszczęśliwiony, że aż zaniemówił i nie wiedział co odpowiedzieć reporterom, którzy jakby mierzyli do niego ze swoich mikrofonów i dyktafonów. Dwaj pozostali medaliści Walter Steiner i Rainer Schmidt podnieśli Polaka do góry, chwytając go z boku, każdy za jedno udo. On w tym czasie oparł się rękami o ich ramiona i tak górował nad nimi. Radość była niesłychana i zaskakująca.

Była 11:59 czasu japońskiego, a 3:59 polskiego, kiedy można było obwieścić światu: Polska ma swoje olimpijskie złoto na igrzyskach zimowych. Wiadomość o jego sukcesie nie była jednak aż tak szybka. Do Polski dotarła około godziny 6 rano. Nie wszystkim chciało się w to wierzyć. Skoczek z Zakopanego zdobył setny olimpijski medal w historii polskiego sportu. W redakcjach urywały się telefony, proszono o potwierdzenie tego faktu, bo wydawał się nieprawdopodobny.

Nieoczekiwany sukces Fortuny postawił na nogi całą redakcję telewizji. Dwie godziny przed programem olimpijskim, który miał się zacząć o 10:25 Warszawa została poinformowana, że skoczek będzie gościem studia olimpijskiego TVP w Sapporo. Na tym jednak nie poprzestano. Zawiadomiony został ośrodek TVP Kraków na Krzemionkach, aby najszybciej jak się da, ściągnąć z Zakopanego rodzinę Fortuny, jego klubowego trenera i parę innych osób. Zorganizowano podwójne łączenie z Japonią i Krakowem, co na tamte lata było wyczynem godnym wrażenia. Problem jednak polegał na tym, że Fortuna przepadł, mimo że był już w budynku, który uchodził za centrum medialne. Po czasie odnalazł go dopiero reporter amerykańskiej telewizji i przyprowadził do polskiego studia. Okazało się, że polskiego skoczka zatrzymali japońscy łowcy autografów.

Miłą niespodziankę Fortunie sprawił japoński sędzia, który wbrew przepisom odkręcił i podarował mu tabliczkę z numerem "111", przy którym lądował polski skoczek. Została jeszcze tak oczekiwana ceremonia medalowa, razem z hymnem. Mazurkiem Dąbrowskiego granym na japońskiej ziemi. Wszystko trwało dłużej niż zwykle. Cała trójka nagrodzonych musiała wchodzić i schodzić z podium, gdyż nie wszyscy fotoreporterzy zdążyli porobić zdjęcia. - Niech to się już skończy, bo mi zimno - miał wymamrotać Fortuna.

 

„Wczoraj nieznany, dzisiaj sławny”

W kraju zapanowało istne szaleństwo. I to we wszystkich miastach, także w Zakopanem, rodzinnym mieście Fortuny. Gratulacje składano jego rodzicom i trenerom, a całej Polski zaczęły przychodzić depesze gratulacyjne do jego klubu Wisły-Gwardii. Podobno listonosz z torbą obładowaną nimi musiał kursować z poczty do siedziby klubu kilka razy.

Echa niespodziewanego zwycięstwa Fortuny dało się dostrzec w zagranicznych mediach. Chwalił go Reuters. "Jak grom z jasnego nieba spadło zwycięstwo Fortuny" - tytułowała ten polski wyczyn agencja DPA. "19-letni Polak po nieprawdopodobnym powietrznym locie w pierwszej kolejce wylądował na 111 metrze, otrzymując bardzo wysoką notę. Ten wspaniały skok był na wagę złota" - pisano. W podobnym tonie wszystko opisywała AFP. "Wczoraj nieznany, dzisiaj sławny". Wyjaśniano, że ten sukces nie był dziełem przypadku, bo maleńki Polak mierzący 163 centymetrów i ważący 60 kilogramów inteligentnie wykorzystał podmuch wiatru, który poniósł go daleko. Fortuna został ponadto zasypany propozycjami matrymonialnymi. Silne wrażenie ponoć zrobił także na księżniczce japońskiej.

Mistrza trzeba było jeszcze powitać w kraju. Dzień po igrzyskach, punktualnie o 11:20 samolot francuskich linii lotniczych "Caravelle", który przetransportował polskich olimpijczyków z Sapporo, wylądował na Okęciu. Największym zainteresowaniem mediów cieszył się Wojciech Fortuna, otaczany ze wszystkich stron przez dziennikarzy, wyciągających w jego stronę mikrofony. Gdy drobny zakopiańczyk pokazał się w drzwiach samolotu rozległy się brawa i okrzyki zgromadzonych na Okęciu mieszkańców stolicy. Specjalnie dla niego sprowadzono góralską kapelę z Zakopanego, a młode góralki w regionalnych strojach wręczyły mu kwiaty. Prawie jak dawno niewidzianemu rodakowi ze Stanów Zjednoczonych, jak w filmie "Nie lubię poniedziałku".

Prawicę pragnęli mu uścisnąć rządzący. Fortunę i jego rodziców ugościł minister spraw wewnętrznych Wiesław Ociepka, który życzył mu, aby dalej rozsławiał imię kraju. Skoczka odznaczono Złotym Krzyżem Zasługi. Dekorował go sam Włodzimierz Reczek, przewodniczący GKKFiT, zaś sekretarz Jan Maj przekazał mu najwyższe odznaczenie ZMS, Złotą Odznakę imienia Janka Krasickiego. Oczywiście zawodnik musiał wszystkim dziennikarzom opowiadać o swoim legendarnym już skoku. - Wyszedłem z progu, jak nigdy dotychczas, a gdy w końcowej fazie lotu dostałem "zwyżkę", mimo że byłem już przygotowany do lądowania, podałem biodra do przodu i pociągnąłem jeszcze długość. Lądując wiedziałem, że skok był dobry stylowo i daleki.

 

Każdy chciał się napić z mistrzem, każdy chciał mu postawić

Szczęśliwym powitaniom, połączonym z odpowiednim fetowaniem sukcesu nie było końca. Po tym warszawskim świętowaniu, trzeba było Fortunę przywitać w Zakopanem. Była zabawa na cześć mistrza, była wizyta w siedzibie Prezydium Miejskiej Rady Narodowej i był również praktyczny prezent. Potężne jak na tamte czasy M-4 robiło wrażenie, mistrz olimpijski dostał dwa pokoje z kuchnią, a wśród owacji przybyłych mieszkańców symbolicznie odebrał klucze. Dosłownie symbolicznie, gdyż blok z jego mieszkaniem dopiero się budował.

I bez tego bawiono się hucznie. Feta z okazji przyznania Fortunie Złotej Odznaki "Zasłużonego dla ziemi krakowskiej" miała przypominać rozmachem góralskie wesele, odprawione na bogato. Na ulicach miast oko cieszyły transparenty: "Żadne Morki czy Kasaye - złoty medal Wojtek daje", "Chociaż wszyscy wyłazili z portek, złoty medal zdobył Wojtek". Euforia totalna. O swoje pięć minut lub jak kto woli o swój malutki udział w sukcesie upominali się saneczkarze. - Złoty medal Fortuna zawdzięcza nam, saneczkarzom. Gdybyśmy lepiej jeździli w Koenigsee, Wojtka by tu nawet nie było - powiedział Lucjan Kudzia, który w Sapporo zajął 13. miejsce w jedynkach i 9. w dwójkach.

Fortuna 18 lutego wrócił do kraju, a już 20, skrajnie wyczerpany, startował w mistrzostwach Polski na Wielkiej Krokwi. Jakżeby inaczej, wygrał. Bo taka musiała być narracja. Oficjalnie uzyskał odległości 109,5 metra i 108,5 metra, oficjalnie gdyż wyniki mu nieco zawyżono, aby nie wyłamywać się już z przygotowanego scenariusza.

 

 

 

Dziewiętnastoletni chłopak został zmanierowany i rozpieszczony swoim sukcesem. Każdy chciał się "napić z mistrzem" i każdy chciał mu postawić. Młodemu sportowcowi trudno było w tych sytuacjach odmawiać kochającym go kibicom. Niekiedy ludziom bardzo potężnym i wiele znaczącym. Jego wyniki były jednak coraz gorsze. Później już, gdy przegrywał zawody za zawodami, na jego głowę sypały się gromy. Fortuna niestety jednak stał się ofiarą swojego sukcesu. W kilka lat przytył kilkanaście kilogramów i ostatecznie w wieku 27 lat zakończył karierę. Małżeństwo mu się nie udało, pracował na Śląsku i w Stanach Zjednoczonych, a później znów był w Zakopanem, tym razem jako taksówkarz. Medalu, historycznego dla Polski krążka, nikt mu nie zdołał odebrać. Nie ma jednak wątpliwości, że gdyby inaczej poprowadzono go, po sukcesie, mógłby polskim kibicom sprawić w kolejnych latach jeszcze więcej radości.

Autor: 
Przemysław Gajzler
Źródło: 

Onet

Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Potwierdź, że nie jesteś robotem:

Reklama