Debiutantka

„Kobieto, czy jest jakiś rajd, na którym cię nie ma???” – te słowa Marcina Sobiecha, jakie usłyszałam na PKCu na Baja Carpathia, to kwintesencja tego, do czego dążę.

„Kobieto, czy jest jakiś rajd, na którym cię nie ma???” – te słowa Marcina Sobiecha, jakie usłyszałam na PKCu na Baja Carpathia, to kwintesencja tego, do czego dążę. I dowód tego, że pod kątem realizacji mojej terenowej, sędziowsko-dziennikarskiej pasji solidnie przepracowałam ostatni rok. A był to dla mnie rok debiutów. Każdy rajd wnosił bowiem w moje życie coś nowego – nowe doświadczenia, nowych przyjaciół. Kolejne debiuty pozwalały mi coraz bardziej zakochiwać się w tym, co robię, w ludziach, z którymi pracuję, w niepowtarzalnej, cudownej atmosferze, jaka panuje na rajdach terenowych. A tych debiutów będzie jeszcze więcej.

Przyzwyczaiłam się już do relacjonowania rajdów zza klawiatury. Od paru lat skrobię o Dakarze i rajdach Pucharu Świata, które rozgrywane są na tyle daleko, że nie dane mi było ich zobaczyć na własne oczy. Nie było więc dla mnie problemem także pisanie o naszych polskich rozgrywkach z cyklu RMPST, RPPST i PPRB. Po kilku takich artykułach uznałam, że warto by w końcu zobaczyć, o czym i o kim się pisze. I z takich to pobudek na długi majowy weekend 2015 postanowiłam się wybrać na Baja Carpathia. W gruncie rzeczy był to drugi rajd cross country, na jakim się pojawiłam – pierwsza bowiem była Baja Poland 2014. Niestety wtedy musiałam wracać jeszcze przed rozpoczęciem się rajdu (tuż po prologu), więc miałam okazję tylko posmakować tej niesamowitej atmosfery, jaka panuje na rajdach cross country, bo samych zmagań zobaczyć mi się nie udało. Natomiast już wtedy obwieściłam wszem i wobec, że stanę na głowie, żeby na takich zawodach kiedyś sędziować. W końcu przecież właśnie po to prawie 3 lata temu zrobiłam licencję sędziowską…

Baja Carpathia miała natomiast pełnić rolę zwiadowczo-zapoznawczą. Chciałam przede wszystkim zobaczyć, jak to te rajdy cross country wyglądają „na żywo”, poznać twarze zawodników, których znam jedynie z nazwiska i przekonać się, czy ta fantastyczna atmosfera ma miejsce także w warunkach rywalizacji. Przy okazji chciałam się przyjrzeć, jak na takich rajdach pracują sędziowie. Wszystkie te cele zrealizowałam, a na dodatek zachwyciłam się tym wszystkim, czego tam doświadczyłam. Odnowiłam też kilka bardzo fajnych znajomości i zyskałam mnóstwo nowych, przesympatycznych znajomych. Wtedy to między innymi poznałam „Superpilota” Piotra Brakowieckiego, z którym szybko znaleźliśmy wspólne tematy. Niedługo później natomiast Piotr okazał się być moim rajdowym „dobrym duszkiem”.

Kolejnym rajdem w kalendarzu było Polskie Safari. Praktycznie już po powrocie z Baja Carpathia rozpoczęłam starania o sędziowski debiut na tym rajdzie. Wyczytałam w regulaminie, że wicedyrektorem ds. sędziów jest na nim Darek Krupa. Znajome nazwisko – ściągaliśmy od siebie na pewnym PZMotowskim egzaminie. Przypomniałam mu ten fakt z prośbą o wcielenie mnie do grupy sędziowskiej. Nie mogąc się doczekać odpowiedzi (no bo przecież to nienormalne, że na miesiąc przed rajdem nie wiem, w jakiej roli mam na niego jechać), wyżaliłam się Piotrowi Brakowieckiemu. I tu ujawniło się jego anielskie serce i kontakt do dyrektora rajdu. Za to, że chciało mu się ten jeden telefon wykonać, będę mu dozgonnie wdzięczna. Przez 2 lata nikogo, mimo moich usilnych próśb, nie było stać na taki drobny, ale dla mnie cholernie ważny gest. A Piotr – proszę bardzo, zrobił to nieproszony, sam z siebie! Mając dyrektorskie błogosławieństwo uzyskałam również błogosławieństwo wicedyrektora „od sędziów”. Myk i jadę sędziować! A skoro to terenowe środowisko mnie tak życzliwie przyjęło, to ja postanowiłam się przyjąć w tym środowisku i tak zostałam członkiem Grupy 4x4. Z perspektywy czasu widzę, że był to genialny wybór. I to już jako członek tego klubu pojechałam na Polskie Safari spełnić swoje marzenie o sędziowaniu na rajdzie terenowym. Z przerażeniem wertowałam regulaminy, mając coraz większą świadomość swojej niewiedzy o tym, że jednak rajdy terenowe trochę się różnią przepisami od płaskich. Uzbrojona w nową wiedzę stawiłam się w Warszawie nie mając pojęcia, jaką z sędziowskich ról przyjdzie mi tam pełnić. Wtedy zjawił się mój kolejny „dobry duszek”, Maciek Konarzewski, który nie dość, że zaopiekował się nieco zagubioną dziewczynką, to jeszcze obdarzył mnie takim zaufaniem, że już pierwszego dnia rajdu dochrapałam się funkcji kierownika PKC, a następnego dnia byłam odpowiedzialna za przygotowanie PKCów serwisowych. Nie zawieść tego zaufania – to postawiłam sobie jako punkt honoru sędziowskiego. Honor zachowałam, a na dodatek przekonałam się, że ta cudowna atmosfera, której doświadczyłam podczas Baja Carpathia, z punktu widzenia sędziego jest jeszcze bardziej cudowna. Zawodnicy są przesympatyczni, uśmiechnięci i nie traktują sędziów jak zło konieczne. Wręcz przeciwnie – bardzo szybko można zawrzeć zawodniczo-sędziowskie przyjaźnie. Od tych wszystkich wrażeń poprzewracało mi się w głowie dokumentnie. Postanowiłam wtedy, że choćbym miała stanąć na głowie, to sędziowanie na Polskim Safari nie będzie epizodem, a początkiem serii. Debiutem, a nie jednorazową przygodą.

Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc zamarzyła mi się praca na Baja Poland. Tylko trochę za późno mi się zamarzyła, bo skład sędziowski był już skompletowany. Trudno. Pojechałam zatem ponownie w roli dziennikarza. Też debiutanckiej, bo tym razem postawiłam na obecność na całym rajdzie. Dzięki uprzejmości chłopaków z Janmor ProElite Team, z którymi podróżowałam już po trasach Baja Carpathia, miałam okazję obserwować zmagania światowej czołówki cross country na trasie. Ci zawodnicy z najwyższej półki jadący pojazdami z najwyższej półki w połączeniu z usianymi wrzosami w pełnym rozkwicie terenami poligonu drawskiego to naprawdę wspaniały widok i równie wspaniałe przeżycie. Świetnym przeżyciem było też relacjonowanie rajdu rangi Pucharu Świata w oparciu o to, co widziało się na własne oczy i na dodatek uwieczniło na własnych zdjęciach. Po raz pierwszy. Czyli znowu debiut.

„Na Baja Poland mamy już komplet, ale zapraszam na Baja Żagań” – usłyszałam od mojego kolejnego „dobrego duszka”. Okazała się nim Magda Lewandowska, „etatowa” „dyrektorka od sędziów”. Dyrektorka owszem, ale gdyby w regulaminach można było umieszczać funkcję „dobrej cioci”, to zdecydowanie by do niej bardziej pasowało. Organizacyjnie perfekcyjna, cierpliwie odpowiadająca nawet na najbanalniejsze pytania lub te z kategorii „dziwne”, a do tego pełna ciepła i troski wobec swoich podopiecznych. Nota bene ci podopieczni Magdy to fantastyczna ekipa, funkcjonująca praktycznie jak rodzina. I ta sędziowska rodzina postanowiła mnie adoptować. O tym wszystkim przekonałam się podczas wspomnianej Baja Żagań, na którą – zgodnie z zaproszeniem Magdy – oczywiście się wybrałam. Tu czekało mnie kilka kolejnych debiutów. Po pierwsze – nigdy dotąd nie byłam na tym rajdzie, a nawet w tej uroczej części Polski. Po drugie – Magda przydzieliła mi przegrupowanie, na którym jeszcze nie miałam okazji pracować. Rzuciła mnie w ten sposób na głęboką wodę, ale nie zapomniała o kole ratunkowym, którym była ona sama. Wspólnie udało nam się dopłynąć do brzegu, choć niespokojnych i niespodziewanych fal na tym morzu nie zabrakło. Po trzecie – podczas Baja Żagań przekonałam się, że nigdy, przenigdy nie należy gratulować zawodnikom, zanim nie dojadą do mety. Nigdy, bo można niechcący zapeszyć. A ja właśnie tak zapeszyłam gratulacjami dla Piotra Białkowskiego i Bartka Momota, którzy na przegrupowanie przed ostatnim oesem wjeżdżali jako liderzy rajdu. Rajdy są jednak na tyle przewrotne, że nawet na ostatnim odcinku może się zdarzyć wszystko i tu właśnie owo wszystko w postaci dość poważnego dachowania przydarzyło się Piotrowi i Bartkowi. Tfu!, nigdy więcej nie zapeszę! Piotr i Bartek pewnie mi tego do końca życia nie wybaczą. A na pewno ja sobie nie wybaczę. Ale cóż, człowiek się uczy na błędach. A ja wciąż się czegoś nowego uczę, wciąż gdzieś debiutuję.

Na kolejny debiut musiałam czekać całą zimę. Obrzydliwie długą zimę, która ciągnęła się w nieskończoność. Aż w końcu przyszedł ten dzień, kiedy pojawiły się regulaminy tegorocznej Baja Drawsko, a w nich nazwisko mojego „dobrego duszka”, Magdy Lewandowskiej. Rach, ciach i jadę! Jadę po kolejne debiuty. Choć tym razem z ogromnym już wsparciem duchowym mojej „adopcyjnej rodziny”, czyli sędziów z AK Sudeckiego, z którymi zaprzyjaźniłam się w Żaganiu, a podczas Baja Drawsko tę przyjaźń zacieśniłam. Podczas mojej pierwszej Baja Drawsko, co trzeba dodać. Oraz drugiego w życiu przegrupowania, co do którego sądziłam, że po wypytaniu Magdy o wszelakie niuanse pracy na tym pnkcie nic mnie już nie zaskoczy. A jednak w Drawsku zaskoczyło. Do głowy by mi bowiem nie przyszło, że będą mi się na nim licznie meldować zawodnicy, w których kartach drogowych brak będzie wpisu z mety odcinka. Ten bałagan – zgodnie z ideą przegrupowania – trzeba było posprzątać. Z odsieczą w tym sprzątaniu przyszła mi na szczęście druga z pań Lewandowskich, osobista siostra Magdy – Kasia. U nich to chyba rodzinne, że zjawiają się tam, gdzie ich potrzeba i służą nieocenioną pomocą. Muszę przyznać, że bez wsparcia Kasi byłoby ze mną krucho. Ale za to teraz to chyba już naprawdę nic mnie nie zaskoczy. Chyba. Nawet praca z załogami ciężarówek, która przed Baja Drawsko budziła we mnie pytanie, czy przy moim wzroście, którego mi matka natura poskąpiła, będę w stanie sięgnąć z kartą drogową do kabiny. W Drawsku miałam okazję się przekonać. Tu bowiem zadebiutowałam we współpracy z załogami tych pięknych potworów (robią naprawdę niesamowite wrażenie!). Już na BK poprzymierzałam się do czekających przed PKCem ciężarówek i okazało się, że albo one nie są aż tak ogromne, albo ja nie jestem aż takim kurduplem. Ale za to emocje, gdy taki olbrzym podjeżdża na PKC, są przeogromne! Zresztą… Każdy debiut niesie ze sobą całą masę emocji. Zdecydowanie pozytywnych!

Teraz moja terenowo-sędziowsko-dziennikarska historia zatoczyła koło – za mną kolejna Baja Carpathia. I kolejny debiut. Wszak na Carpathii jeszcze nie sędziowałam. W dodatku miałam tu okazję pracować z zupełnie nową dla mnie ekipą z Automobilklubu Rzeszowskiego. Ekipie tej przewodziła Agnieszka Świeca, która nie tylko obdarzyła mnie zaufaniem, ale także sprawiła, że wśród nieznanych mi dotąd ludzi czułam się jak wśród „swoich”. Równie mile przyjęli mnie pozostali sędziowie, a w szczególności Bożenka, Agnieszka i Szymon, w których towarzystwie spędziłam bardzo miłe dwa dni na PKCu. Co ważne, na PKCu, który także był dla mnie debiutancki, bo dotąd nie miałam okazji pracować na wjeździe na serwis. Natomiast tym, co mnie całkowicie zaskoczyło we współpracy z ludźmi z AK Rzeszowskiego, była obecność na Carpathii… rajdowego przedszkola! Tylu sędziowskich dzieciaczków na jednym rajdzie jeszcze nigdy nie widziałam! To z kolei sprawiało, że atmosfera w zespole sędziowskim była naprawdę rodzinna. Ale wśród zawodników też już czuję się jak w jednej, wielkiej, rajdowej rodzinie. Podczas Baja Carpathia dali mi oni odczuć, jak ten rok mnie z nimi zintegrował. „Marshal wszystkich marshali” – tak mnie nazwał Mateusz Budziło, sugerując, że nawet nie mając na sobie kamizelki sędziowskiej jestem niejako z automatu traktowana jako sędzia. Fantastyczne uczucie! Równie fantastyczne było to, że miałam wrażenie, że zawodnicy jakoś rozszyfrowali moją rocznicę, bo niektórzy z nich przywozili mi na PKC własnoręcznie zrywane „kwiatki” w postaci gałązek, głównie sosnowych. Z tych „kwiatków” na koniec rajdu uzbierał się niezły bukiet – na tyle okazały, że przewracał wazonik z butelki po mineralce. Może komuś się to wydawać banalne, czy wręcz śmieszne, ale mnie taki drobny gest w postaci podawanych wraz kartą drogową gałązek naprawdę wzruszał. Takich jubileuszowych wzruszeń podczas Baja Carpathia miałam całe mnóstwo. Tym bardziej więc jestem wdzięczna AK Rzeszowskiemu, a w szczególności Agnieszce, za możliwość ich przeżywania w mojej ukochanej, sędziowskiej roli. A na koniec taka sytuacja: podobnie, jak rok temu, wracam z Carpathii z Piotrem Brakowieckim, moim cudownym „dobrym duszkiem”. Oczywiście przez całą drogę rozmawiamy o rajdach – ja już ze znacznie większą świadomością, ale wciąż chłonę Piotrusiową wiedzę. W końcu ja ciągle się uczę, ciągle debiutuję. Wspominamy też telefon, który przed niemal rokiem chciało się Piotrowi wykonać. Ten jeden telefon, który mocno zamieszał w moim życiu. Ten jeden telefon, który stał się podstawą do pasma moich debiutów. A tych debiutów mam jeszcze trochę przed sobą…

Jeśli dobrnęliście do tego miejsca, to pewnie zastanawiacie się, po kiego grzyba Wam to wszystko piszę??? Otóż jest to moja recepta na to, by utwierdzać się w słuszności raz obranej drogi, z realizowania swojej pasji cieszyć się wciąż na nowo, za każdym kolejnym razem tak, jakby to był pierwszy raz. Jakby to był kolejny debiut. A te debiuty można mnożyć i mnożyć. I cieszyć się, cieszyć i cieszyć. Czego i Wam życzę, szczególnie w chwilach zwątpienia i rezygnacji.

To pisałam ja, notoryczna debiutantka J

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Potwierdź, że nie jesteś robotem: