Polish Arabic Chinese (Traditional) Czech English French Georgian German Greek Hindi Hungarian Italian Japanese Russian Serbian Spanish Swedish Turkish Ukrainian

Zwyciężyli, ale nas nie pokonali

Reklama

czw., 05/14/2020 - 16:19 -- moderator2

Reprezentacja Polski Foto: NAC

14 maja 1922 roku nasza piłkarska reprezentacja rozegrała pierwszy mecz na ziemi polskiej. W towarzyskim spotkaniu w Krakowie biało-czerwoni ulegli Węgrom 0:3 (0:2). „Niezasłużona porażka Polski. Wspaniały przebieg gry. Dobra organizacja zawodów. Wszystkie rekordy co do ilości widzów i dochodu pobite” – relacjonował „Przegląd Sportowy”, który ukazał się pięć dni później.

 

14 maja 1922 roku piłkarska reprezentacja Polski rozegrała pierwszy w historii mecz przed własną publicznością. Biało-Czerwoni przegrali 0:3 z Węgrami.

Cała Polska sportowa przykłada do tego spotkania niesłychaną wagę, oczekuje z naprężeniem jego wyniku, a tysiące zapalonych miłośników sportu zjeżdża umyślnie na ten cel do Krakowa” - opisywał „Przegląd Sportowy” 98 lat temu.

W ocenie dziennikarzy „PS” nasza „drużyna grała pięknie – ale bezskutecznie”. Polacy za dużo kombinowali, zwłaszcza pod bramką rywala. „Do pola karnego posuwali się nasi szybko i rezolutnie, ale doszedłszy tutaj, stawali jakby za dotknięciem różdżki”.

Czytelnicy, którzy 12 maja 1922 roku wysupłali 100 marek i nabyli naszą gazetę, zobaczyli na jednej z tytułowych stron niezwykłe, rzucające się w oczy przesłanie. Tygodnik ilustrowany, poświęcony wszelkim gałęziom sportu zamieścił specjalną odezwę: „Do Braci Węgrów!”. Oto jej zaskakująca treść (pisownia oryginalna): „Witajcie! Oto okrzyk z serc płynący, który w najbliższą niedzielę zawiśnie na ustach całej sportowej Polski. Sport to hasło braterstwa, szczerego a czystego, wolnego od wszelkich duszą ludzkości każących sprzeczności narodowościowych, politycznych i wyznaniowych. Lecz Wasze i nasze braterstwo jest silniejsze! Stworzyły je i umocniły dzieje wieków, a wyraziły w przysłowiu „Polak Węgier – dwa bratanki”. Braterstwa tego nie zdołały zachwiać największe kataklizmy dziejowe. Było ono równe i niewzruszone w doli i niedoli. Kiedy nieubłagana Nemezis dziejowa pogrążyła Naród nasz w otchłani niewoli i rozpaczy, Wy, Bracia Węgrzy, nie odwróciliście od nas serc Waszych (…) Przeto miło nam, że Wy nasi Bracia, Wy jedni z naszych nauczycieli w sporcie, jesteście pierwszymi, z którymi po zrzuceniu wiekowych kajdan niewoli zmierzyć się mamy we współzawodnictwie najszlachetniejszym, bo sportowem! Witajcie!”

 

Początek w odrodzonej ojczyźnie

Ten ogromny entuzjazm redakcji spowodowany był zbliżającym się starciem piłkarskich reprezentacji w Krakowie. Wprawdzie pierwszy mecz na ziemi polskiej był planowany z Austrią w Krakowie 3 lipca 1921 roku, lecz Austriacy nieoczekiwanie zrezygnowali, natomiast Węgrzy nie zawiedli. Miał to być również rewanż za spotkanie z 18 grudnia 1921 w Budapeszcie, gdzie debiutująca drużyna polska przegrała 0:1, lecz świetnie się zaprezentowała.

 

Nic dziwnego, że w tamtym okresie z publikacji w naszej gazecie przebijała się euforia, bo było to wydarzenie niemal epokowe. „Kraków, duchowa stolica Polski, będzie dn. 14. maja areną ważnego zdarzenia w naszem życiu sportowem; w jego murach rozegra się mecz między dwu drużynami, które jako kwiat footballistów dwu krajów zmierzą swe siły i będą walczyły o palmę zwycięstwa” – zapowiadał „PS” imprezę w Parku Gier Cracovii. „Cała Polska sportowa przykłada do tego spotkania niesłychaną wagę, oczekuje z naprężeniem jego wyniku, a tysiące zapalonych miłośników sportu zjeżdża umyślnie na ten cel do Krakowa”.

 

Organizatorzy, czyli PZPN i Cracovia, zapewniali, że mecz odbędzie się bez względu na pogodę, a uczniowie, studenci i żołnierze w randze poniżej sierżanta mogli nawet liczyć na ulgowe bilety wstępu za jedyne 200 marek. Za lożę 6-osobową należało wyłożyć aż 7 tysięcy marek, stanowiących równowartość ok. 10 kostek cukru na czarnym rynku. Jednak radzono, by w celu uniknięcia natłoku przy kasach wcześniej kupić bilety w przedsprzedaży.

 

Już wtedy, w początkach II Rzeczypospolitej, postrzegano mecz reprezentacji jako coś więcej niż tylko rozrywkę: „życzymy z całego serca, by ten pierwszy mecz międzypaństwowy w naszej odrodzonej ojczyźnie przysporzył naszemu sportowi chwały i dał chlubne świadectwo postępu w rozwoju naszej tężyzny narodowej”.

 

Obok entuzjazmu i wiary w zwycięstwo pojawiały się też obawy. Tego samego dnia rywale musieli wysłać drugą ekipę do stolicy Niemiec na mecz Berlin – Budapeszt, więc „PS” analizował: „przyślą nam zapewne drużynę, złożoną z graczy o mniej głośnych lub nawet nieznanych nazwiskach, lecz z taką drużyną jest trudniej wyjść zwycięsko, bo gracze ci wydobywają z siebie większy zasób energji i ambicji, niż sławne „internacjonały”, którzy często odgrywają rolę „primadonn”.

 

Pięknie, lecz bezskutecznie

Wreszcie punktualnie o godzinie piątej po południu sędzia Emil Grätz z Czechosłowacji rozpoczął grę. „Przybyło z górą 16.000 widzów i to z najrozmaitszych okolic Polski. Wielu gości musiało również wracać wzgl. zadowolić się jakiemś lichem miejscem, gdyż cała trybuna była już dawno przed zawodami wysprzedana (…) Także i otaczające boisko wysokie drzewa i dachy miały swoich amatorów…” – opisywał „PS”. Naszym od początku nie dopisywało szczęście, co pokazało już losowanie stron boiska. „Polacy grają przeciw słońcu i lekkiemu wiatrowi” – notował nasz sprawozdawca Henryk Brand.

 

Węgrzy pod wodzą kapitana Jeno Szabo, tego który w Budapeszcie zdobył zwycięską bramkę, szybko objęli prowadzenie. „W 4 min. strzela Solti, piłka ześlizguje się z buta Gintla i wpada do bramki” – czytamy w „PS”. Pechowiec Ludwik Gintel, któremu przypisano pierwszego samobója w historii meczów reprezentacji Polski, jak się okazało później, był jednym z najlepszych naszych graczy w tym spotkaniu. Polacy atakowali, jednak przed przerwą znów mieli pecha. „W 43 min. centruje Katzer, Loth wybiega z bramki, Solti nadbiega i prawie z linji pakuje głową piłkę w pustą bramkę. Śliwa chce ratować, wpada na słupek i rozbija sobie nos. Drugi punkt na korzyść Węgrów” – opisał sprawozdawca. Niestety, po przerwie „Loth znowu niepotrzebnie wybiega. Błąd Śliwy wykorzystuje Solti, strzelając trzecią i ostatnia bramkę dla Węgrów”.

 

W ocenie dziennikarzy „PS” nasza „drużyna grała pięknie – ale bezskutecznie”. Polacy za dużo kombinowali, zwłaszcza pod bramką rywala. „Do pola karnego posuwali się nasi szybko i rezolutnie, ale doszedłszy tutaj, stawali jakby za dotknięciem różdżki i zapominali nagle o potrzebnym starcie, decyzji i oddaniu strzału w odpowiedniej chwili. Ustawicznie powtarzały się te same sceny”. Tymczasem „przeciwnik mniej kładł nacisk na formę zewnętrzną, a głównie na dopięcie celu, na uzyskanie bramek”.

 

Pomoc się wypompowała

Najbardziej zawiodła pomoc. „Śliwa był tylko cieniem tego, co zazwyczaj w swych walkach klubowych dokazywał. W następstwie tego zbyt prędko wypompowała się reszta pomocy, a i obrońcy często zadanie pomocników spełniać musieli. Wszyscy trzej pomocnicy za mało współpracowali z atakiem, ograniczając się tylko do krycia napastników przeciwnych”. Tym razem nie popisał się też polski bohater z Budapesztu bramkarz Jan Loth. „Wprawdzie odparował on po mistrzowsku szereg ciężkich rzutów przed pauzą, ale widoczny był u niego brak treningu i spokoju. Przez niepotrzebne opuszczanie bramki stwarzał on groźne dla swoich sytuacje i drugą bramkę musimy zapisać wyłącznie na jego konto” – oceniał „PS” postawę zawodnika, który zapisał się w historii też tym, że w późniejszych latach grał w ataku (zmarł 11 lat później na gruźlicę mając niespełna 33 lata).

 

Prawie dwie trzecie czasu meczu gra toczyła się na stronie węgierskiej, lecz bez rezultatów. „Nawet w ostatniej minucie Polska przyciska. Strzał Kałuży z podania Reymana paruje bramkarz” – opisywał Brand. Polacy oddali 20 strzałów, rywale – 13. Przegląd chwalił ładne przeboje Wacława Kuchara, sportowca 1926 roku, aktywność Leona Szperlinga (został zastrzelony w 1941 r. we Lwowie przez pijanego gestapowca) i postawę Stanisława Cikowskiego, ale też zauważał, że „Reyman zdaje się być mało w grze zainteresowany”. Dr Józef Lustgarten, wówczas trener reprezentacji, oceniał: „3:0 nie odpowiada stosunkowi sił. Winą napadu jest, żeśmy przegrali; nie umie on strzelać”.

 

Zdaniem gazety Węgrzy nas wtedy zwyciężyli, ale nie pokonali. „Atak ich nie wytrzymuje porównania z naszym. Złożony z samych solistów, nie stworzył on żadnej jednolitej akcji, umiał jednak wykorzystać odpowiednio te nieliczne sytuacje, jakie mu się nadarzyły. Uzyskane przez nich bramki nie były następstwem celowo prowadzonej kombinacji, ale mimo to wystarczyły do zapewnienia zwycięstwa”.

 

Orkiestra grała do końca

Chociaż impreza zakończyła się wielkim sukcesem finansowym, bo kibice zostawili w kasie organizatorów ponad 5,5 miliona marek, to wobec widowni nie brakło słów krytyki ze strony „PS”: „ta nasza publiczność, sportowo wspaniale wychowana, zdradziła mało serca. Nauczona podczas zawodów międzyklubowych tylko szydzić i nagrawać się z przeciwnika, nie myślała nigdy o tem, jak swoją drużynę zachęcać do walki, dodawać jej werwy i życia, gdy nadzieja zwycięstwa i siły zdają się ją opuszczać. Nie tak głucho jest na placach sportowych za granicą”.

 

Natomiast goście chwalili polską widownię, że „jest elegancka i zdyscyplinowana oraz darzyła Węgrów owacjami przed i po zawodach”. Słowa uznania zyskali goście między innymi za to, że przed meczem złożyli wieniec na grobie Bolka Kotapki. W pamięci krakowian świeżo tkwiła bowiem tragedia filigranowego, niezwykle utalentowanego łącznika Cracovii. Niespełna trzy tygodnie wcześniej „PS” opisywał, że 25-letni zawodnik został „ugodzony tępem narzędziem w serce ręką mordercy w chwili, gdy obudzony ze snu wołaniem ciężko poranionego przez sąsiadów brata, stanął w jego obronie”.

Pierwszy w Polsce występ naszej reprezentacji zakończył się bankietem w sali strzeleckiej: „Doskonała orkiestra napełniała salę sympatycznymi dźwiękami, a i doskonały tak pod względem jakości jak i ilości wybór potraw złożyły się w harmoniczno-gastronomiczny akord, który sprowadził wkrótce serdeczny i ciepły nastrój”.

 

Dwa tygodnie później Polska pokonała w Sztokholmie Szwecję 2:1.

14.05.1922, POLSKA - WĘGRY 0:3

Gole: Gintel (sam.), Solti x2

 

POLSKA: Loth II (Polonia Warszawa); Gintel (Cracovia), Klotz I. (Jutrzenka Kraków); Cikowski (Cracovia), Śliwa (Wisła Kraków), Synowiec (Cracovia); Krumholz (Jutrzenka), Reyman (Wisła), Kałuża (Cracovia), W. Kuchar (Pogoń Lwów), Szperling (Cracovia). Rezerwowi: Wiśniewski, Kaczor, Kowalski II (wszyscy Wisła).

WĘGRY: Neuhaus – Zatyko, Kovacs; Szabo, Kleber, Tomecsko; Katzer, Razso, Priboj, Seiden, Solti.

 

Materiał powstał dzięki współpracy z partnerem - Narodowym Archiwum Cyfrowym, którego misją jest budowanie nowoczesnego społeczeństwa świadomego swojej przeszłości. NAC gromadzi, przechowuje i udostępnia fotografie, nagrania dźwiękowe oraz filmy. Zdigitalizowane zdjęcia można oglądać na nac.gov.pl

 

Autor: 
Lech Ufel
Źródło: 

Onet.pl, Przegląd Sportowy

Zagłosowałeś na opcję 'w górę'.
Polub Plportal.pl:

Reklama