Duże dzieci

Dimitri Payet dopiął swego. Za 25 milionów funtów odchodzi z West Hamu United i wraca do Olympique Marsylia, skąd wyruszył w 2015 roku na podbój angielskiej piłki. Francuz od trzech tygodni krzykliwie domagał się tego transferu.

Tak naprawdę to mógł być transfer jak każdy inny – kwota, która nie oszałamia, a i pracodawcy dokonujący transzy tacy średnio atrakcyjni. Jednak już przedmiot i okoliczności zmiany barw zwracają uwagę nieprzyzwoicie.

Payet w lutym 2016 roku przedłużył kontrakt z angielskim klubem do 2021 roku, na mocy którego jego tygodniówka podskoczyła do 125 tysięcy funtów. Piłkarz ukochał klub, miasto i kibiców, a klub ukochał piłkarza, jego demiurgiczną kreatywność i wspólną, najpewniej wiekopomną, przyszłość. Bajka i miód zalewające Upton Park.

Kilka miesięcy później wszystko wygląda już zgoła inaczej. West Ham na półmetku sezonu jest w najnudniejszym miejscu w tabeli, gdzie ani groźby spadku, ani zachęty do gry o europejskie puchary. W Londynie tylko leje i leje, a rodzina domaga się powrotu w umiłowane rejony. Payet ogłasza, że czas się pożegnać. Klub nie ma zamiaru rezygnować ze swojej głównej atrakcji, której stworzył warunki ze wszech miar idealne do rozwoju i życia we wdzięczności. Powstaje klincz. Payet tupie nóżkami zamiast nimi kopać, trener Slaven Bilić wzniośle narzeka na upadek lojalności ludzkiej, a kibice „Młotów” wypalają nienawiść ogniskiem z koszulek swego niedawnego idola.

Kolejna historia, która wbija kibicom młotem do mózgu, że piłkarze to duże dzieci, krnąbrne, strojące fochy, dla których liczy się tylko własne wiaderko w piaskownicy, a słowa płynące z wypudrowanych twarzy na powitalnej konferencji prasowej nie znaczą nic. Szacunek do klubu znaczy jeszcze mniej.

Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Potwierdź, że nie jesteś robotem: